niedziela, 27 lutego 2011

Klopsik, czwarty pasażer Zanussi + co nowego się nauczyłam

Dziś ja i Rumcajs mieliśmy okazję liznąć nieco prawdziwego życia akademickiego - odwiedziliśmy Brata na Wittigowie.

U Brata w pokoju stoi lodówka - rzecz normalna w akademiku. Ta konkretna, jak się okazuje, ma zepsuty zamrażalnik - z tendencją do bardzo obfitego obrastania lodem. Każdy obiekt włożony tam mógł w bardzo szybkim czasie stać się integralną częścią zamrażalnika. Wyciągnąć go można było już tylko za pomocą kilofa. Lub rozmrażając lodówkę. Co też Brat razem ze współlokatorami niedawno uczynili.

Dłubania ponoć było dużo. Wygrzebali z zamrażalnika sporą michę żywności, głównie mięsa, które już nie nadawało się do spożycia. Brat zajął się dalszą częścią sprzątania. Zdrapywał lód, ścierał wodę i pozbył się niezauważonego wcześniej, dokładnie ukrytego pośród szronu ostatka zawartości zamrażalnika, czyli przyrośniętego do ścianki klopsika. Opisał to mniej więcej tak:

- Siedzę tak, wygarniam ten lód i wodę, patrzę - klopsik.

Skojarzyło mi się to ze sławnym już, reklamowym kopytkiem.

A na deser - wrzucam parę wizualek zrobionych na uczelnianym kursie "trzydesmaksa", ku uciesze gawiedzi, podbudowaniu próżności mojej i wzbudzeniu zazdrości w koleżankach po fachu. Patrzeć, podziwiać i słodzić :P

3 komentarze:

  1. bosa: nienawidzę Cię! :P

    faaaajnee noo :D

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Ale Kasia, źle!
    Tę zamrażarkę obrastającą lodem miałem w tamtym roku akademickim.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  3. Dawno temu, gdy jeszcze studiowałem, a nawet jeszcze dawniej, gdy mieszkałem w piwnicy studenckiej na Gaju, postanowiliśmy wraz ze współlokatorami odmrozić lodówkę, która miała podobny defekt ja ta w poście powyżej. Chociaż może to nie był defekt, albowiem lodówka była rosyjska i nazywała się Sybir. Ale nie ważne. Lód trzeba było najpierw odkuć, aby można było wstawić do zamrażalnika garnek ze wrzątkiem (taki ludowy sposób, lód w lodówce). Robota była nielicha, oraz wyjątkowo niebezpieczna więc zmienialiśmy się w niej co jakiś czas. Wyglądało to tak, że jeden dłubał w lodzie a dwóch słuchało transmisji z pogrzebu papieża (nie wnikajcie, czemu akurat w ten dzień postanowiliśmy odmrozić lodówkę). Wypadłą zmiana Bońka, a ja z Bartkiem siedzieliśmy w pokoju. Nagle Boniek krzyknął
    - Ej, coś jest w lodzie
    Na co Bartek odpowiedział poważnym pytaniem
    - Mamut?
    Niestety nie był to mamut, tylko zapomniamy filet, na oko z dorsza.

    OdpowiedzUsuń na zawsze