Od dziś możecie mnie nazywać poetą romantycznym - bo napisałam pełen rozgoryczenia wiersz o użalaniu się nad sobą.
Nie istnieją buty
Dla mnie na tej planecie
Choć ich szukałam wszędzie
Nawet w j****ym outlecie
Inspiracją stały się dla mnie długie, wyczerpujące i - oczywiście - bezowocne poszukiwania obuwia na ślub. Wygląda na to, że w końcu pójdę na bosaka.
Przestrzegam Was, przyszłe panny młode, szukanie obuwia ślubnego może być gorsze niż sukienki!
poniedziałek, 14 marca 2011
sobota, 5 marca 2011
Biotechnologia (środowiska)
Italiana, koleżanka studiująca ochronę środowiska na PWr (ksywa stąd, że wychowała się we Włoszech), zwróciła się do mnie ostatnio z prośbą zaprojektowania plakatu na polibudowy Dzień Aktywności Studenckiej. Plakat miał reklamować sekcję koła naukowego, w którym czynnie działała - biotechnologię.
Z pomocą lubego Rumcajsa zrobiliśmy projekt opierający się na grze słownej wyrażeń "bio" i "technologia". Dodaliśmy do tego proste tło, szczyptę efektów i "kwaśne kolory". Oto efekt:

Kiedy plakat był już prawie gotowy, Italiana zdała sobie sprawę z tego, że właściwie nie jest pewna jak jej sekcja się nazywa (xD). Sprawdziła to - i okazało się, że w nazwie jest jeszcze dodany człon "środowiska". Plakat został poprawiony, choć bliższy memu sercu pozostaje pierwowzór.

A dzisiaj dorobiłam trzecią, własną wersję. Jakoś nie mogłam się powstrzymać ;)
Z pomocą lubego Rumcajsa zrobiliśmy projekt opierający się na grze słownej wyrażeń "bio" i "technologia". Dodaliśmy do tego proste tło, szczyptę efektów i "kwaśne kolory". Oto efekt:

Kiedy plakat był już prawie gotowy, Italiana zdała sobie sprawę z tego, że właściwie nie jest pewna jak jej sekcja się nazywa (xD). Sprawdziła to - i okazało się, że w nazwie jest jeszcze dodany człon "środowiska". Plakat został poprawiony, choć bliższy memu sercu pozostaje pierwowzór.

A dzisiaj dorobiłam trzecią, własną wersję. Jakoś nie mogłam się powstrzymać ;)
sobota, 12 lutego 2011
Szkice archiwalne cz. trzecia (?)
Koniec. Po sesji. Ufffff....
Zmęczenie fizyczne i psychiczne nie sprzyja twórczości, więc nie wińcie mnie za kolejne zastoje na blogu. Zresztą, już powinniście się przyzwyczaić ;)
Organizm mój najwyraźniej też postanowił wrzucić na luz - i oto rozkłada mnie przeziębienie. W związku z tym komiks archiwalny z życia wzięty.
Zmęczenie fizyczne i psychiczne nie sprzyja twórczości, więc nie wińcie mnie za kolejne zastoje na blogu. Zresztą, już powinniście się przyzwyczaić ;)
Organizm mój najwyraźniej też postanowił wrzucić na luz - i oto rozkłada mnie przeziębienie. W związku z tym komiks archiwalny z życia wzięty.
środa, 26 stycznia 2011
Akcja-kreacja
Inżynierska praca, po długich, nieprzespanych nocach, wreszcie skończona i oddana. Teraz wszystko w rękach (i dobrej woli) recenzenta. A ja z czystym sumieniem mogę napisać pierwszego posta w tym roku.
Nic na to nie poradzę - jako przyszła panna młoda uwielbiam zanudzać postronnych wrażeniami z przygotowań weselnych. Bloga to nie ominie. Poniżej skrócony reportaż z prawie rocznych poszukiwań "tej jednej jedynej" sukni ślubnej.
Podejście nr 1 - zakładam, że moja suknia musi być oryginalna i niepowtarzalna. Ma mnie wyróżnić z tłumu panien młodych. Pierwsze pole poszukiwań - oczywiście wujek Gugle. Rzuca mi się w oczy suknia w stylu vintage, krój empire, wierzchnia warstwa z koronki. Lekka i zwiewna. Do kompletu długie za łokieć, koronkowe rękawiczki z palcami odciętymi jak u motocyklistów. Ideał. Musi być moja!
Podejście nr 2 - pierwsze wizyty w salonach. Odwiedzam dwa wrocławskie. W pierwszym sukienki ładne, owszem, ale... dość typowe. W drugim panie dosłownie skaczą dookoła mnie - jestem zachwycona obsługą! Wpada mi w oko kreacja podobna do Sanpatrickowskiej Eboli. Mimo, że nie ma żadnych ozdób (a może właśnie dlatego?), dla mnie jest nieziemsko piękna.
Podejście nr 3 - wciąż podoba mi się niby-Eboli, ale nie mogę przestać myśleć o koronkowym cudzie z internetu. Wybieram się do krawcowej. Najpierw zgadza się uszyć to o co proszę, ale potem pozbywa złudzeń - ciężko będzie znaleźć w podkarpackich hurtowniach koronkę na tyle lekką, żeby można ją było nosić na całej sukni bez halki z kołem.
Podejście nr 4 - wizyty w rzeszowskich salonach. Sukien dużo, wiele ładnych, kilka pięknych, tej jednej zwalającej z nóg - brak. Prawie wszystkie mają halki i koła, którym się stanowczo sprzeciwiam. Nie i już! Nad jedną koronkową kreacją zastanawiam się długo, byłabym ją kupiła, ale wątpliwości nachodzą mnie tak często, że w końcu daję sobie z nią spokój.
Podejście nr 5 - wracam w internet. Okazuje się, że suknie w stylu mojej wymarzonej istnieją, szyte są przez projektantów z zachodu. Potwornie drogie i niedostępne w Polsce... :((( Po raz pierwszy zauważam sukienki do połowy łydki. Rzeczywiście są ładne, ale czy na tę jedyną okazję mam sobie odmówić kreacji długiej do ziemi?...
Podejście nr 6 - Mama podejmuje za mnie decyzję - jedziemy szukać do Krakowa. Cały dzień spędzamy na obchodzeniu salonów. Nic nie znajdujemy. Dramat, po prostu dramat...
Podejście nr 7 - stwierdzam, że muszę znaleźć alternatywę dla koronkowej piękności z internetu. Znowu zastanawiam się nad kiecami 7/8. A może?...
Podejście nr 8 - we Wrocławiu idę do salonu z nieziemską obsługą. Panie podają mi krótki model sukienki. Zakładam i...
...doprawdy, gdybym tego nie przeżyła, do dziś myślałabym, że takie sytuacje zdarzają się tylko w filmach. Spojrzałam na siebie w lustrze i wiedziałam, że TO JEST TO! Łzy wzruszenia napłynęły mi do oczu (naprawdę! nie przesadzam!). Brakowało tylko Bachowskiego "Alleluja"...
Dzisiaj, już po drugiej przymiarce, stwierdzam, że sukienka nadal podoba mi się tak jak na początku. To był po prostu strzał w dziesiątkę! Życzę tego wszystkim pannom młodym!
Nic na to nie poradzę - jako przyszła panna młoda uwielbiam zanudzać postronnych wrażeniami z przygotowań weselnych. Bloga to nie ominie. Poniżej skrócony reportaż z prawie rocznych poszukiwań "tej jednej jedynej" sukni ślubnej.
Podejście nr 1 - zakładam, że moja suknia musi być oryginalna i niepowtarzalna. Ma mnie wyróżnić z tłumu panien młodych. Pierwsze pole poszukiwań - oczywiście wujek Gugle. Rzuca mi się w oczy suknia w stylu vintage, krój empire, wierzchnia warstwa z koronki. Lekka i zwiewna. Do kompletu długie za łokieć, koronkowe rękawiczki z palcami odciętymi jak u motocyklistów. Ideał. Musi być moja!
Podejście nr 2 - pierwsze wizyty w salonach. Odwiedzam dwa wrocławskie. W pierwszym sukienki ładne, owszem, ale... dość typowe. W drugim panie dosłownie skaczą dookoła mnie - jestem zachwycona obsługą! Wpada mi w oko kreacja podobna do Sanpatrickowskiej Eboli. Mimo, że nie ma żadnych ozdób (a może właśnie dlatego?), dla mnie jest nieziemsko piękna.
Podejście nr 3 - wciąż podoba mi się niby-Eboli, ale nie mogę przestać myśleć o koronkowym cudzie z internetu. Wybieram się do krawcowej. Najpierw zgadza się uszyć to o co proszę, ale potem pozbywa złudzeń - ciężko będzie znaleźć w podkarpackich hurtowniach koronkę na tyle lekką, żeby można ją było nosić na całej sukni bez halki z kołem.
Podejście nr 4 - wizyty w rzeszowskich salonach. Sukien dużo, wiele ładnych, kilka pięknych, tej jednej zwalającej z nóg - brak. Prawie wszystkie mają halki i koła, którym się stanowczo sprzeciwiam. Nie i już! Nad jedną koronkową kreacją zastanawiam się długo, byłabym ją kupiła, ale wątpliwości nachodzą mnie tak często, że w końcu daję sobie z nią spokój.
Podejście nr 5 - wracam w internet. Okazuje się, że suknie w stylu mojej wymarzonej istnieją, szyte są przez projektantów z zachodu. Potwornie drogie i niedostępne w Polsce... :((( Po raz pierwszy zauważam sukienki do połowy łydki. Rzeczywiście są ładne, ale czy na tę jedyną okazję mam sobie odmówić kreacji długiej do ziemi?...
Podejście nr 6 - Mama podejmuje za mnie decyzję - jedziemy szukać do Krakowa. Cały dzień spędzamy na obchodzeniu salonów. Nic nie znajdujemy. Dramat, po prostu dramat...
Podejście nr 7 - stwierdzam, że muszę znaleźć alternatywę dla koronkowej piękności z internetu. Znowu zastanawiam się nad kiecami 7/8. A może?...
Podejście nr 8 - we Wrocławiu idę do salonu z nieziemską obsługą. Panie podają mi krótki model sukienki. Zakładam i...
...doprawdy, gdybym tego nie przeżyła, do dziś myślałabym, że takie sytuacje zdarzają się tylko w filmach. Spojrzałam na siebie w lustrze i wiedziałam, że TO JEST TO! Łzy wzruszenia napłynęły mi do oczu (naprawdę! nie przesadzam!). Brakowało tylko Bachowskiego "Alleluja"...
Dzisiaj, już po drugiej przymiarce, stwierdzam, że sukienka nadal podoba mi się tak jak na początku. To był po prostu strzał w dziesiątkę! Życzę tego wszystkim pannom młodym!
czwartek, 30 grudnia 2010
Analizy porównawcze
Czołem, wesołych Świąt i tak dalej.
Nie, nie będzie specjalnego bonusowego posta świątecznego (czytelnicy dobrze wiedzą, że te pojawiają się według widzimisię autorki).
Tak, mam kolejne usprawiedliwienie dla opóźnień - wielkimi krokami zbliża mi się inżynier.
Do rzeczy.
Korzystając z tak dobroczynnego urządzenia jak skaner nigdy nie zastanawiałam się nad różnicami jakości w skanowaniu rysunków na czarno-biało i kolorowo. Niesłusznie.
Na trzecim roku studiów jakiś dobry człowiek - oby takich jak najwięcej - przywrócił nam zajęcia z rysunków w postaci ćwiczeń z przedmiotu Dominanty w krajobrazie. Zdolności rysownicze, jakby nie patrzeć, potrzebne są w zawodzie architekta krajobrazu, a nieużywane szybko się zacierają... Rysowaliśmy więc sobie twórczo na zadane tematy, aż na którychś z zajęć (czwartych bodajże) podjęłam się, głupia, narysowania japońskiego budyneczku, znalezionego gdzieś w jakiejś książce Zielarki. Budyneczek był bardzo wdzięczny, lekki i ażurowy, z pagodami, mnóstwem ozdobników, zawijasów, kratek i takich tam. Do rysowania okazał się być wredny. Zwłaszcza, że pani prowadząca była osobą bardzo czułą na punkcie perspektywy. Dłubałam ów orientalne paskudztwo przez pozostały semestr, na każdych zajęciach po trochu, najpierw ołówkiem, potem piórkiem, pod koniec, wiedziona zmęczeniem i frustracją, zamaszystymi machnięciami pędzla z tuszem.
Jak przeszło zmęczenie i frustracja to obrazek zaczął mi się nawet podobać. Już pal licho nieco zaburzone proporcje i przekrzywione linie zbiegu.
Po otrzymaniu oceny (cztery i pół, no kurczę blade co!?) razem z Zielarką wybrałyśmy się do pewnego punktu ksero we Wrocławiu. Najpierw chciałyśmy skanować nasze obrazki po bożemu - czarno-białe na czarno-biało. Aż zobaczyłyśmy efekty na ekranie komputera. I zażyczyłyśmy sobie natychmiast skanu kolorowego na wszystko.
A oto różnica:


Właściwie nie wiem która wersja mi się bardziej podoba. Pierwsza (czarno-biała) ma w sobie coś ze starego miedziorytu, druga (kolorowa) jest akwarelowo-liryczna.
Chyba najlepiej się prezentują razem, obok siebie, podkreślając sobie nawzajem różnice.
Nie, nie będzie specjalnego bonusowego posta świątecznego (czytelnicy dobrze wiedzą, że te pojawiają się według widzimisię autorki).
Tak, mam kolejne usprawiedliwienie dla opóźnień - wielkimi krokami zbliża mi się inżynier.
Do rzeczy.
Korzystając z tak dobroczynnego urządzenia jak skaner nigdy nie zastanawiałam się nad różnicami jakości w skanowaniu rysunków na czarno-biało i kolorowo. Niesłusznie.
Na trzecim roku studiów jakiś dobry człowiek - oby takich jak najwięcej - przywrócił nam zajęcia z rysunków w postaci ćwiczeń z przedmiotu Dominanty w krajobrazie. Zdolności rysownicze, jakby nie patrzeć, potrzebne są w zawodzie architekta krajobrazu, a nieużywane szybko się zacierają... Rysowaliśmy więc sobie twórczo na zadane tematy, aż na którychś z zajęć (czwartych bodajże) podjęłam się, głupia, narysowania japońskiego budyneczku, znalezionego gdzieś w jakiejś książce Zielarki. Budyneczek był bardzo wdzięczny, lekki i ażurowy, z pagodami, mnóstwem ozdobników, zawijasów, kratek i takich tam. Do rysowania okazał się być wredny. Zwłaszcza, że pani prowadząca była osobą bardzo czułą na punkcie perspektywy. Dłubałam ów orientalne paskudztwo przez pozostały semestr, na każdych zajęciach po trochu, najpierw ołówkiem, potem piórkiem, pod koniec, wiedziona zmęczeniem i frustracją, zamaszystymi machnięciami pędzla z tuszem.
Jak przeszło zmęczenie i frustracja to obrazek zaczął mi się nawet podobać. Już pal licho nieco zaburzone proporcje i przekrzywione linie zbiegu.
Po otrzymaniu oceny (cztery i pół, no kurczę blade co!?) razem z Zielarką wybrałyśmy się do pewnego punktu ksero we Wrocławiu. Najpierw chciałyśmy skanować nasze obrazki po bożemu - czarno-białe na czarno-biało. Aż zobaczyłyśmy efekty na ekranie komputera. I zażyczyłyśmy sobie natychmiast skanu kolorowego na wszystko.
A oto różnica:


Właściwie nie wiem która wersja mi się bardziej podoba. Pierwsza (czarno-biała) ma w sobie coś ze starego miedziorytu, druga (kolorowa) jest akwarelowo-liryczna.
Chyba najlepiej się prezentują razem, obok siebie, podkreślając sobie nawzajem różnice.
sobota, 11 grudnia 2010
Przygotowań na DAS ciąg dalszy
Wrzucam do powszechnego podziwiania. I do nasycenia mej próżności.
Plakat promujący obecny obiekt badań Studenckiego Koła Naukowego Architektów Krajobrazu.

Pewnie zapytacie: dlaczego plakat nie wyjaśnia czym jest Twierdza Wrocław? Albo: czemu w ogóle jest na nim tak mało informacji? I kim właściwie jest ten gostek z tyłu? Otóż odpowiem: ten pan nazywa się August von Mackensen, jest pruskim generałem z czasów I wojny światowej - po więcej odsyłam do wujka Gugla - więc czasowo pasuje do naszego obiektu badań. A że plakat niewiele mówi - tak ma być. Skupia uwagę na haśle, które Przeciętnemu Zjadaczowi Chleba nie mówi nic. A ponieważ plakat więcej tajemnicy nie odsłania, zaintrygowany Przeciętny Zjadacz Chleba będzie próbował się wszystkiego dowiedzieć na własną rękę. I w ten sposób Przeciętny Zjadacz Chleba informacji, które chcemy mu przekazać, sam będzie szukał. Taka zasada marketingu - zasiać ziarnko niepewności, delikatnie uchylić rąbka tajemnicy, a potem szybko wszystko schować, żeby odbiorca poczuł niedosyt.
A poza tym metoda pozwala bardzo niskim nakładem pracy i środków osiągnąć swój cel - w naszym przypadku wypromowanie obiektu badań.
Tak to działa.
Plakat promujący obecny obiekt badań Studenckiego Koła Naukowego Architektów Krajobrazu.

Pewnie zapytacie: dlaczego plakat nie wyjaśnia czym jest Twierdza Wrocław? Albo: czemu w ogóle jest na nim tak mało informacji? I kim właściwie jest ten gostek z tyłu? Otóż odpowiem: ten pan nazywa się August von Mackensen, jest pruskim generałem z czasów I wojny światowej - po więcej odsyłam do wujka Gugla - więc czasowo pasuje do naszego obiektu badań. A że plakat niewiele mówi - tak ma być. Skupia uwagę na haśle, które Przeciętnemu Zjadaczowi Chleba nie mówi nic. A ponieważ plakat więcej tajemnicy nie odsłania, zaintrygowany Przeciętny Zjadacz Chleba będzie próbował się wszystkiego dowiedzieć na własną rękę. I w ten sposób Przeciętny Zjadacz Chleba informacji, które chcemy mu przekazać, sam będzie szukał. Taka zasada marketingu - zasiać ziarnko niepewności, delikatnie uchylić rąbka tajemnicy, a potem szybko wszystko schować, żeby odbiorca poczuł niedosyt.
A poza tym metoda pozwala bardzo niskim nakładem pracy i środków osiągnąć swój cel - w naszym przypadku wypromowanie obiektu badań.
Tak to działa.
piątek, 26 listopada 2010
DAS a Architectura Militaris
DAS - Dzień Aktywności Studenckiej. Dzień, w którym w holu nowego szklanego budynku mej uczelni (nazywanego przez niektórych "akwarium") prezentują się wszystkie organizacje studenckie.
Jest to dzień ciekawy. Może być, jeśli jest się czynnym uczestnikiem, pretekstem do zwolnienia z zajęć. Może być miłymi pogaduszkami z członkami zaprzyjaźnionych kół i potencjalnymi kandydatami do własnej organizacji. Może być okazją do najedzenia się, bo niektóre koła, mające choć trochę wspólnego z gastronomią, są na tyle miłe, że prezentują wtedy swoje spożywcze wyroby. Tak jest na przykład w SKN Dietetyków, SKN Ichtiologów, wszelakich SKN-ach hodujących zwierzęta gospodarskie i rośliny spożywcze, a SKN Hodowców Drobiu pozwala sobie nawet co roku robić wyśmienity likier jajeczny. Nie muszę wspominać, że stoiska wyżej wymienionych cieszą się największą popularnością.
My, architekci krajobrazu, nie mamy tak łatwo. Żeby zwrócić na siebie uwagę musimy albo zrobić z własnego stoiska show, albo mieć element wystroju przyciągający uwagę. Dwa lata temu była to piernikowa makieta Lądkowego hotelu "Lido", w którym odbywają się wszystkie nasze plenery. Rok temu był to dywan z projektów puszczony z biurka na ścieżkę pieszą. Spełnił swoją rolę, bo wszyscy się o niego potykali i zwracali na nas uwagę.
W tym roku postawiliśmy na motyw militarny. W końcu Architectura Militaris - jedna z sekcji naszego koła - obecnie funkcjonuje najprężniej. Wspólnie postanowiliśmy, że dekoracja obejmie nie tylko stoisko, ale także hostessy - czyli nas. O ciuchy militarne obecnie ciężko (#@^%!!*# projektanci mody!), więc narysowałam krótki instruktaż jak je wykonać samemu.
"STRÓJ NA DAS - PROPOZYCJA NR 1
Jest to dzień ciekawy. Może być, jeśli jest się czynnym uczestnikiem, pretekstem do zwolnienia z zajęć. Może być miłymi pogaduszkami z członkami zaprzyjaźnionych kół i potencjalnymi kandydatami do własnej organizacji. Może być okazją do najedzenia się, bo niektóre koła, mające choć trochę wspólnego z gastronomią, są na tyle miłe, że prezentują wtedy swoje spożywcze wyroby. Tak jest na przykład w SKN Dietetyków, SKN Ichtiologów, wszelakich SKN-ach hodujących zwierzęta gospodarskie i rośliny spożywcze, a SKN Hodowców Drobiu pozwala sobie nawet co roku robić wyśmienity likier jajeczny. Nie muszę wspominać, że stoiska wyżej wymienionych cieszą się największą popularnością.
My, architekci krajobrazu, nie mamy tak łatwo. Żeby zwrócić na siebie uwagę musimy albo zrobić z własnego stoiska show, albo mieć element wystroju przyciągający uwagę. Dwa lata temu była to piernikowa makieta Lądkowego hotelu "Lido", w którym odbywają się wszystkie nasze plenery. Rok temu był to dywan z projektów puszczony z biurka na ścieżkę pieszą. Spełnił swoją rolę, bo wszyscy się o niego potykali i zwracali na nas uwagę.
W tym roku postawiliśmy na motyw militarny. W końcu Architectura Militaris - jedna z sekcji naszego koła - obecnie funkcjonuje najprężniej. Wspólnie postanowiliśmy, że dekoracja obejmie nie tylko stoisko, ale także hostessy - czyli nas. O ciuchy militarne obecnie ciężko (#@^%!!*# projektanci mody!), więc narysowałam krótki instruktaż jak je wykonać samemu.
"STRÓJ NA DAS - PROPOZYCJA NR 1
Potrzebne będą:
- koszula z kołnierzykiem - najlepiej w kolorze szerokopojętej zieleni maskującej (khaki, ciemna zieleń, oliwka), czarna, szara, beżowa, piaskowa, brązowa. Ewentualnie można brać inny kolor, wtedy będziemy mieć taki humorystyczny akcent kolorystyczny w postaci różowego czy fioletowego żołnierza. Biała może lepiej nie, bo może się to kojarzyć z tym panem po prawej: http://odkrywca.pl/forum_pics/picsforum24/3_masons_churchill_truman_stalin_potsdam2.jpg
- papier/karton w kolorze koszuli
- nożyczki
- agrafki trzy lub igła z nitką
- pędzel i biała farba
1. Wycinamy z papieru takie kształty jak na rysunku, czyli godło i dwa te, no, pagony (UWAGA! Rysunek w perspektywie, dokładnych proporcji nie znam, każdy będzie musiał wyrobić sobie własne)
2. Malujemy je białą farbą. Na pagonach malujemy oznaczenie stopnia jakie tam sobie wybierzemy (wzory są tutaj: http://www.studiumwojskowe.pl/ftp/Stopnie_i_Regulaminy_wojskowe/Stopnie_wojskowe.jpg); pomijamy marynarkę (bo działamy na lądzie) i marszałka (bo to prawie nie wojsko).
Na godle zazwyczaj maluje się oznakę przynależności do danej jednostki. Proponuję pisać: "SKN AK sekcja Architectura Militaris" (+ miniatura mascoty), "Zbrojne Ramię SKNAK", "Protector Solar GÓRĄ!", "Kocham kreski" lub inne bzdurne i bezsensowne hasła.
3. Przypinamy/przyszywamy te oznaki do koszuli - godło na lewym rękawie u góry, pagony na ramiona.
Voila! Gotowe!
Dla nadambitnych proponuję jeszcze oznaki przynależności państwowej, odznaczenia wojskowe lub te sznureczki z węzełkami co to się je przez pierś przewiesza. Wedle uznania."
Subskrybuj:
Posty (Atom)
