środa, 2 listopada 2011

Kadr prosto z serca

Był post o Lali, teraz będzie o Zielarce.

Zielarka umie i lubi gotować. Stąd często wpraszam jej się na obiad, bo dobrym jedzeniem nie pogardzę. Ale zdanie, które wypowiedziała przy okazji ostatniego gotowania, dało mi do myślenia.

- Wkładam serce we wszystko, co gotuję.

Dwuznaczność tego wyrażenia jakoś nie pasowała mi do wegetariańskich upodobań Zielarki. Nie było rady, musiałam sportretować moje wątpliwości. W roli głównej - Zielu, w pozostałych rolach - autorka i Curie.


Robione na szybko, więc podobieństwo do osób prawdziwych jest przypadkowe... Ale tu chodzi przede wszystkim o treść.

niedziela, 23 października 2011

Porażona geometrią

Będąc w weekend w Krakowie z mym lubym Rumcajsem miałam okazję odwiedzić nowe Muzeum Sztuki Współczesnej - MOCAK.

Wrażenia jak to przy sztuce współczesnej - nie wiadomo o co chodzi, ale fajnie się ogląda. Jedno dzieło szczególnie zasłużyło na wyróżnienie na blogu, a to ze względu na moją osobistą fascynację geometrią wykreślną. Tytuł był długi, niewiele mówiący i nie do powtórzenia.

Samo dzieło natomiast prezentowało się tak:


Osoba na pierwszym planie nie jest częścią ekspozycji. To tylko oszołomiona autorka bloga.

Tutaj zdjęcie zbliżeniowe detalu:


I obiecuję, że już niedługo uzupełnię bloga także o swoje dzieła. Bo trochę się ich pojawiło...

poniedziałek, 12 września 2011

Wspomnienia z liceum

Obrazek chyba nie wymaga komentarza :)

czwartek, 25 sierpnia 2011

Geneza MiedzioLali

Ostatnio mam fazę na produkcję superbohaterów. Poniżej jeden z efektów - MiedzioLala, inspirowana koleżanką Lalą.

Lala, jak jej pseudonim wskazuje (nie mylić z lalką, laleczką bądź barbie - czyli osobą próżną i bez charakteru), jest miłą, wdzięczną i dobroduszną istotką, która muchy by nie skrzywdziła. Nie przeklina, nie krzyczy, nie kłóci się, dla każdego ma miłe słowo i o los każdego się przejmuje - taka prawdziwa lala do przytulania.

Tak nam się przynajmniej na początku wydawało... Bo później na pewnym plenerze w Lądku poznaliśmy Lalę z zupełnie innej, mrocznej strony.

Lato było wtedy upalne i wilgotne, a tym samym obfitujące w komary. Parszywe insekty co noc wykonywały nad nami manewry lotnicze, zjadając nas żywcem i nie pozwalając spać. Aż pewnej nocy Lala zerwała się z łóżka z hasłem "K***a, zabiję te suki!", zapaliła światło, chwyciła poduszkę i z żądzą mordu w oczach rzuciła się skakać po łóżkach (i po nas). Zrobiło to na nas piorunujące wrażenie.

Jeszcze jedną inspiracją do stworzenia komiksu była anegdota opowiedziana nam przez jednego z wykładowców parę lat później, z której wynikało, że w okolicach Głogowa (miejsca zamieszkania Lali) składowano niegdyś żużel miedziany o właściwościach radioaktywnych. Albo jakoś tak?...

No, i zanim zaczniecie czytać warto jeszcze wspomnieć, że Lala ma włosy rude, w kolorze miedzianym, co wielu z jej znajomych często w żartach wiąże z faktem, że Głogów jest prężnym ośrodkiem hutnictwa miedzi.






poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Owoce pracy lipcowej

Proszę, jak mi się ładnie daty w blogu ułożyły. koro miesiąc tak nam ładnie upłynął, można zaprezentować to, co się w nim tak pracowicie tworzyło ;) A lipiec dla mnie już od dłuższego czasu jest nierozerwalnie związany z plenerami malarskimi, które Nasza Dobra I Chojna Uczelnia organizuje co roku w Lądku Zdroju. Twórczo było, malowało się dużo, choć nie zawsze na temat. Najwyższa pora się pochwalić.

Obraz nr 1 - poprawiane przynajmniej trzy razy źródło moich mąk i nienawiści do fiksatywy (draństwo sprawia, że pastele tracą na intensywności). I pomyśleć, że ma wielkość zaledwie kartki A4... Temat pracy brzmiał, zdaje się, "Uliczka"...


Obrazki 2 i 3 - dowody na to, że najlepsze prace wychodzą wtedy, gdy się je robi od niechcenia i dla zabawy. Tematu pierwszego nie pamiętam, drugi to "Plusk wody".

Rysunek nr 4 to dowód na to, że akwarele niespecjalnie nadają się do tworzenia mang (ale do malowania dżinsów - owszem). Wszystkim oglądającym kojarzył się z Bójką, Bajką i Brawurką. W rzeczywistości miał przedstawiać Bossą, Lalę i Zielarkę w akcji.


Obrazek nr 5 - akwarele do mang się nie nadają, ale sepia z kredką - jak najbardziej :) Temat pracy - "Smutny obiekt w zieleni", czyli Zielarka w zielonym swetrze i w marazmie twórczym.


Obrazek nr 6 - czyli "Smutny obiekt w zieleni", vol. 2. Kto widzi obiekt - rączka do góry.

To by było na tyle. I przy okazji proszę kompaniję z pleneru o pozwolenie na zaprezentowanie ich prac ;) Podpisy zostaną zastrzeżone.

piątek, 1 lipca 2011

Posesyjnie - notatki z fortów

Sesja, choć zdawana powoli, mozolnie i bez chęci, w końcu minęła. Czas oddać się rozrywce i słodkiemu nieróbstwu. Jutro wyjeżdżam na zasłużone wakacje.

Ale zanim to się stanie wrzucam fragment notatek własnych z przedmiotu o tajemniczym tytule "Krajobraz forteczny - ochrona dziedzictwa kulturowego w architekturze". Można też używać lepiej przyswajalnej nazwy, z której powszechnie korzystamy - "Forty".

Osoby wtajemniczone wiedzą o co chodzi :)

Dla tych, którzy mają problemy z odczytaniem moich kulfonów - przetłumaczony dialog z prawego górnego rogu (a ściślej: fragment wykładu i moje komentarze do niego przekazywane Zielarce):

1: Bastion ma dwa czoła.
2: Dwa czoła! To z Czarnobyla jakiś!
(...)
1: Ma uszy.
2: Na barkach xD

Na razie tyle. Za tydzień (może) będzie więcej.

sobota, 23 kwietnia 2011

Szkice archiwalne cz. 4 - Frubel

Co by tu wrzucić, żeby nie było, że znowu zapuszczam bloga... Hmmmm...

Na szczęście jest jeszcze parę kartek w archiwum ;)

Aaaaa, zgroza, nie zdążyłam jeszcze przedstawić mojego wyimaginowanego (wyrysowanego?) przyjaciela! Trzeba to nadrobić...

Szanowna Publiko - oto Frubel.

Powstał w gimnazjum. A wziął się stąd, że na lekcjach z nudy zaczęłam się przyglądać elementom wystroju klas. Deseń jednej z firanek zainspirował mnie do narysowania takiego ptaszka. Mocno schematycznego, zgraficonego, niemal esencjonalnego. Wprawna ręka może go narysować w 4 sekundy.

(Hie hie, teraz wszyscy zaczną ćwiczyć ze stoperem w ręku ;P)

I tak już Frubel towarzyszy mi do dziś, będąc czymś w rodzaju rysunkowego podpisu, przerywnika, zwierzątka domowego, bądź też zeszytowego. Jest dla mnie mniej więcej tym, czym są piranie dla Beaty Pawlikowskiej (które sama od niej po trosze przejęłam i czasem rysuję z nudów). Tych, co nie wiedzą, o czym mówię, odsyłam do jej książek.
Frubel czasami ulegał modyfikacjom, dając życie innym stworkom. Przykładem jest Semp.
Z czasem Semp zrobił się nieco bardziej garbaty, ponury i jakby depresyjny... Ale, powiem szczerze, w tej dzisiejszej, dekadenckiej wersji wolę go bardziej. Optymistyczny niech pozostanie Frubel. Powstawały też inne wersje Frubla, tworzone przeze mnie i znajomych, ale w archiwum na razie znalazło się tyle, ile widać.