Obrazek pochodzi z zamierzchłych czasów, gdzieś między studiami a stałym zatrudnieniem, kiedy to z braku zajęcia postanowiłam podszkolić się z rysunku na własną rękę.
Z pomocą przyszedł mi luby Rumcajs jako fikcyjny "zleceniodawca", mający wymyślać mi "zlecenia" w ramach ćwiczeń. Między innymi to: narysować długowłosego faceta z kataną w stylu steampunk.
Coś mi zazgrzytało kiedy wypowiedział temat na głos, jakoś mi ta długowłosistość, steampunk i dalekowschodnia broń biała do siebie nie pasowały. No, ale jak wyzwanie, to wyzwanie, klient nasz pan i tak dalej. Narysowałam.
Zwizualizowane wciąż zgrzytało. Dodałam robocze tło, detale i (samowolnie) zmieniłam broń na sarmacką szabelkę.
Nadal coś mi nie grało.
Dałam wyraz wątpliwościom na swój sposób.
Nie poradzę, złośliwa jestem nawet wobec własnych dzieł.
O dziwo, krytyczna pilotka poprawiła jakość obrazka, Rumcajsowi też się spodobała. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że, mimo bycia postacią drugoplanową, "zrobiła" całą grafikę. Zatem została.
Podoba się?
niedziela, 9 lipca 2017
poniedziałek, 27 marca 2017
Chustowanie
Szybki szkic o chustach:
Powstał jako odpowiedź na pytanie dlaczego w Rzeszowie powinny być zorganizowane wykłady o noszeniu w chustach.
Nie jest to grafika oparta na wrażeniach własnych, raczej na cudzych, zasłyszanych tu i ówdzie lub wyczytanych gdzieś w necie. Osobiście mam zupełnie inne doświadczenia, często spotykałam się z pozytywnymi reakcjami, nawet u starszych pań, które były zachwycone uśmiechającym się znad splotów malcem. Jeden starszy pan to wręcz nazwał mnie "prawdziwą matką", bo noszę dziecko przy sobie, a nie trzymam "z dala, w wózku" (co nie oznacza, że uważam wożenie dzieci w wózkach za coś złego; sama przecież to robię).
Zapewne zaraz padną pytania czy warto nosić.
No, cóż...
Myślę, że z chustowaniem jest tak, jak ze wszystkim. Warto spróbować. Może nie od razu brać się za temat kupowaniem drogiej i, jak się później może okazać, nietrafionej szmatki i noszeniem na upartego, z byle jak zawiązanym węzłem, byle by tylko fundusze się nie zmarnowały (hehe, tak, przyznaję się, tak zrobiłam), ale na spokojnie i z dystansem, zaczynając od konsultacji lub warsztatów chustowych, na których można zobaczyć z czym to się je, jak nam idzie i czy w ogóle nas to kręci.
W naszym wypadku szło to różnie, głównie ze względu na własne błędy w technice wiązania czy też w wyborze sprzętu. Ale noszenie samo w sobie sprawiało i mnie, i Koali ogromną przyjemność. Nie wykluczam, że jeśli córcia doczeka się rodzeństwa, spróbuję ponosić jeszcze raz, tym razem od początku z profesjonalną konsultacją chustową i profesjonalnym sprzętem.
Powstał jako odpowiedź na pytanie dlaczego w Rzeszowie powinny być zorganizowane wykłady o noszeniu w chustach.
Nie jest to grafika oparta na wrażeniach własnych, raczej na cudzych, zasłyszanych tu i ówdzie lub wyczytanych gdzieś w necie. Osobiście mam zupełnie inne doświadczenia, często spotykałam się z pozytywnymi reakcjami, nawet u starszych pań, które były zachwycone uśmiechającym się znad splotów malcem. Jeden starszy pan to wręcz nazwał mnie "prawdziwą matką", bo noszę dziecko przy sobie, a nie trzymam "z dala, w wózku" (co nie oznacza, że uważam wożenie dzieci w wózkach za coś złego; sama przecież to robię).
Zapewne zaraz padną pytania czy warto nosić.
No, cóż...
Myślę, że z chustowaniem jest tak, jak ze wszystkim. Warto spróbować. Może nie od razu brać się za temat kupowaniem drogiej i, jak się później może okazać, nietrafionej szmatki i noszeniem na upartego, z byle jak zawiązanym węzłem, byle by tylko fundusze się nie zmarnowały (hehe, tak, przyznaję się, tak zrobiłam), ale na spokojnie i z dystansem, zaczynając od konsultacji lub warsztatów chustowych, na których można zobaczyć z czym to się je, jak nam idzie i czy w ogóle nas to kręci.
W naszym wypadku szło to różnie, głównie ze względu na własne błędy w technice wiązania czy też w wyborze sprzętu. Ale noszenie samo w sobie sprawiało i mnie, i Koali ogromną przyjemność. Nie wykluczam, że jeśli córcia doczeka się rodzeństwa, spróbuję ponosić jeszcze raz, tym razem od początku z profesjonalną konsultacją chustową i profesjonalnym sprzętem.
środa, 1 marca 2017
Stan intensywnej replikacji DNA
Tak podsumował mnie Brat, kiedy oznajmiłam, że jestem w ciąży. Spodobało mi się.
W ogóle jeśli chodzi o ciążę, to można znaleźć na nią wiele ciekawych i równie uroczych jak powyższy epitetów.
Ktoś mógłby rzucić, że my tu o ciąży, a przecież Koala już prawie rok jest na tym świecie. Owszem, to prawda, ale chyba nie zaprzeczycie, że czas oczekiwania na dziecię również obfituje w ciekawostki warte sportretowania. A że nie chcę za bardzo mącić w głowach czytelników brakiem chronologii, bo był tu już taki cykl szkiców archiwalnych i myślę, że tyle retrospekcji wystarczy, to grafiki w tematyce okołodziecięcej będę wrzucać po kolei.
Dobra, do rzeczy...
Zaczęło się od stanu intensywnej replikacji DNA.
Po USG pierwszego trymestru, kiedy z lubym Rumcajsem zobaczyliśmy małą istotkę dryfującą na monitorze jak miniaturowy kosmonauta, małżonek użył wobec mnie określenia: statek-matka.
Kiedy już potwierdziło się, że dziecię będzie dziewczynką, ktoś z bliskich - nie pamiętam już kto - nazwał mnie matrioszką (bo noszę w środku mniejszą kopię samej siebie).
Tyle zapamiętałam. Znacie jeszcze jakieś ciekawe określenia na ciężarne?
W ogóle jeśli chodzi o ciążę, to można znaleźć na nią wiele ciekawych i równie uroczych jak powyższy epitetów.
Ktoś mógłby rzucić, że my tu o ciąży, a przecież Koala już prawie rok jest na tym świecie. Owszem, to prawda, ale chyba nie zaprzeczycie, że czas oczekiwania na dziecię również obfituje w ciekawostki warte sportretowania. A że nie chcę za bardzo mącić w głowach czytelników brakiem chronologii, bo był tu już taki cykl szkiców archiwalnych i myślę, że tyle retrospekcji wystarczy, to grafiki w tematyce okołodziecięcej będę wrzucać po kolei.
Dobra, do rzeczy...
Zaczęło się od stanu intensywnej replikacji DNA.
Po USG pierwszego trymestru, kiedy z lubym Rumcajsem zobaczyliśmy małą istotkę dryfującą na monitorze jak miniaturowy kosmonauta, małżonek użył wobec mnie określenia: statek-matka.
Kiedy już potwierdziło się, że dziecię będzie dziewczynką, ktoś z bliskich - nie pamiętam już kto - nazwał mnie matrioszką (bo noszę w środku mniejszą kopię samej siebie).
Tyle zapamiętałam. Znacie jeszcze jakieś ciekawe określenia na ciężarne?
poniedziałek, 13 lutego 2017
Ostatnio zostałam portrecistką.
Pewien Pan poprosił o portret pewnej Pani. Zdaje się, że miał to być prezent na Święto Walenia Tynków. Na początku chciałam odmówić, bo gdzie mi tam do portretów, jakoś nie czuję się specjalistą w tej dziedzinie, bo wolę komiksy. Ale potem się złamałam i zrobiłam w ramach ćwiczeń.
Tadaaaa!
Tak, jest nieco przerysowany. Mówiłam, że wolę komiksy :P Tak czy siak, koledze się spodobał (nie wiem jak koleżanka, może jutro się dowiem). Quest zaliczony, +5 do samooceny.
Tadaaaa!
Tak, jest nieco przerysowany. Mówiłam, że wolę komiksy :P Tak czy siak, koledze się spodobał (nie wiem jak koleżanka, może jutro się dowiem). Quest zaliczony, +5 do samooceny.
niedziela, 5 lutego 2017
Apollo i jego interes
Okazuje się, że ludzka (bez)pruderia potrafi być nad wyraz paradoksalna...
Dzień jak co dzień, krótka wizyta we wrocławskiej galerii handlowej. W obiektach tego typu powstała ostatnio moda na instalowanie małych telewizorków wyświetlających różne ciekawostki z gatunku szwarc, mydło i powidło. Jaki mają one cel - nie mam pojęcia, bowiem prezentowane tam informacje są raczej chaotyczne i kompletnie ze sobą niezwiązane. Możemy się z nich dowiedzieć między innymi o stanie dzisiejszej pogody, imieninach, podstawowych typach kobiecych sylwetek oraz pasujących do nich ubraniach, popularnych sentencjach i cytatach, o tym kto, kiedy i co wynalazł oraz innych tym podobnych.
Owego wspomnianego dnia szwendałam się po galerii i jakoś tak z nudów wzrok zawisł mi na jednym z telewizorków. Akurat trwała prezentacja o sztuce renesansowej. Wyświetliło się zdjęcie rzeźby przedstawiającej starożytnego bożka, bodajże Apolla - pamięć, niestety, zatarła mi autorstwo i tytuł dzieła, prawdopodobnie wskutek zaskoczenia, które nastąpiło później. Jak przystało na rzeźbę renesansową, postać była naga. I nagle jeden detal tak przykuł moją uwagę, że kiedy obraz zdążył się zmienić, zostałam pod telebimkiem, przeczekałam cały cykl prezentacji aby upewnić się, że nie mam zwidów, i mogłam drugi raz podziwiać greckiego boga w całej okazałości. No, może nie do końca całej...
Bowiem grecki bóg miał ocenzurowane krocze.
Nie myliłam się - intrygujące zamglenie, które zwróciło moją uwagę, znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinien był znaleźć się penis bożka. Szczęka mi lekko opadła.
Był to pierwszy raz, kiedy zobaczyłam jak cenzuruje się sztukę - i to sztukę historyczną, przez duże eS. Nie żebym uważała, że sztuce wolno wszystko. Nie, nie wszystko. Ale fakt, że antykizowanej rzeźbie przysłonięto co nieco, wydaje się być co najmniej dziwny. Żyjemy w kulturze, której korzenie wrosły głęboko w starożytne cywilizacje śródziemnomorskie oraz naśladujące je nowożytne, gdzie nagość nie była równoznaczna z pornografią. Ciało ludzkie miało być piękne, a odpowiednio przedstawione stawało się środkiem oddziałującym przede wszystkim na wrażenia artystyczne, a nie prymitywne instynkty. Ba, nawet w tak wydawałoby się pruderyjnych czasach średniowiecza artyści nie mieli skrupułów przedstawiać nagich ludzi na swoich dziełach, gdy chcieli podkreślić ich wydźwięk. Adam i Ewa paradowali po raju bez ubrań. Dusze ludzkie powstające z grobów na sądzie ostatecznym były golusie. Nawet Najświętsza Panna nie wahała się odsłonić od czasu do czasu swej piersi do karmienia małego Mesjasza. A tu proszę, w tym oto przybytku konsumpcji i handlu, taka niespodzianka.
Biedny, skompromitowany Apollo musiałby czuć się parszywie, gdyby wiedział, że na owej planecie, gdzie cenzuruje się jego boskie przyrodzenie, ludzie showbiznesu nie mają skrupułów aby wciskać erotykę gdzie tylko się da, zgodnie z zasadą "sex sells". Wyuzdanie i bezpruderia królują w każdej dziedzinie, od polityki, poprzez modę, rozrywkę i sztukę, aż po byle reklamę kanapek, a siła i mnogość środków wyrazu sprawia, że nieraz nagie ciała odbiera się jako o wiele mniej wulgarne niż co poniektórych odzianych. To już przyzwoiciej by było, gdyby się rozebrali...
A jednak osoba, która greckiemu bogu ocenzurowała krocze, nie dostrzegła absurdalności swojego czynu.
Powiodłam wzrokiem ku znajdującym się w pobliżu reklamom dóbr wszelakich. Modelki (a czasami także modele) prężyły się na nich w pozach nieraz dwuznacznych, z ekstatycznymi grymasami na twarzach. Byli ubrani, a jakże, a mimo to wydawali się być bardziej wyzywający niż skromny, tchnący spokojem Apollo. Czas naglił, musiałam iść. Ale odchodząc, żywiłam nadzieję, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i zwróci honory greckiemu bóstwu z centrum handlowego, pośród odzianych od stóp do głów ladacznic trwającemu - nago.
Dzień jak co dzień, krótka wizyta we wrocławskiej galerii handlowej. W obiektach tego typu powstała ostatnio moda na instalowanie małych telewizorków wyświetlających różne ciekawostki z gatunku szwarc, mydło i powidło. Jaki mają one cel - nie mam pojęcia, bowiem prezentowane tam informacje są raczej chaotyczne i kompletnie ze sobą niezwiązane. Możemy się z nich dowiedzieć między innymi o stanie dzisiejszej pogody, imieninach, podstawowych typach kobiecych sylwetek oraz pasujących do nich ubraniach, popularnych sentencjach i cytatach, o tym kto, kiedy i co wynalazł oraz innych tym podobnych.
Owego wspomnianego dnia szwendałam się po galerii i jakoś tak z nudów wzrok zawisł mi na jednym z telewizorków. Akurat trwała prezentacja o sztuce renesansowej. Wyświetliło się zdjęcie rzeźby przedstawiającej starożytnego bożka, bodajże Apolla - pamięć, niestety, zatarła mi autorstwo i tytuł dzieła, prawdopodobnie wskutek zaskoczenia, które nastąpiło później. Jak przystało na rzeźbę renesansową, postać była naga. I nagle jeden detal tak przykuł moją uwagę, że kiedy obraz zdążył się zmienić, zostałam pod telebimkiem, przeczekałam cały cykl prezentacji aby upewnić się, że nie mam zwidów, i mogłam drugi raz podziwiać greckiego boga w całej okazałości. No, może nie do końca całej...
Bowiem grecki bóg miał ocenzurowane krocze.
Nie myliłam się - intrygujące zamglenie, które zwróciło moją uwagę, znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinien był znaleźć się penis bożka. Szczęka mi lekko opadła.
Był to pierwszy raz, kiedy zobaczyłam jak cenzuruje się sztukę - i to sztukę historyczną, przez duże eS. Nie żebym uważała, że sztuce wolno wszystko. Nie, nie wszystko. Ale fakt, że antykizowanej rzeźbie przysłonięto co nieco, wydaje się być co najmniej dziwny. Żyjemy w kulturze, której korzenie wrosły głęboko w starożytne cywilizacje śródziemnomorskie oraz naśladujące je nowożytne, gdzie nagość nie była równoznaczna z pornografią. Ciało ludzkie miało być piękne, a odpowiednio przedstawione stawało się środkiem oddziałującym przede wszystkim na wrażenia artystyczne, a nie prymitywne instynkty. Ba, nawet w tak wydawałoby się pruderyjnych czasach średniowiecza artyści nie mieli skrupułów przedstawiać nagich ludzi na swoich dziełach, gdy chcieli podkreślić ich wydźwięk. Adam i Ewa paradowali po raju bez ubrań. Dusze ludzkie powstające z grobów na sądzie ostatecznym były golusie. Nawet Najświętsza Panna nie wahała się odsłonić od czasu do czasu swej piersi do karmienia małego Mesjasza. A tu proszę, w tym oto przybytku konsumpcji i handlu, taka niespodzianka.
Biedny, skompromitowany Apollo musiałby czuć się parszywie, gdyby wiedział, że na owej planecie, gdzie cenzuruje się jego boskie przyrodzenie, ludzie showbiznesu nie mają skrupułów aby wciskać erotykę gdzie tylko się da, zgodnie z zasadą "sex sells". Wyuzdanie i bezpruderia królują w każdej dziedzinie, od polityki, poprzez modę, rozrywkę i sztukę, aż po byle reklamę kanapek, a siła i mnogość środków wyrazu sprawia, że nieraz nagie ciała odbiera się jako o wiele mniej wulgarne niż co poniektórych odzianych. To już przyzwoiciej by było, gdyby się rozebrali...
A jednak osoba, która greckiemu bogu ocenzurowała krocze, nie dostrzegła absurdalności swojego czynu.
Powiodłam wzrokiem ku znajdującym się w pobliżu reklamom dóbr wszelakich. Modelki (a czasami także modele) prężyły się na nich w pozach nieraz dwuznacznych, z ekstatycznymi grymasami na twarzach. Byli ubrani, a jakże, a mimo to wydawali się być bardziej wyzywający niż skromny, tchnący spokojem Apollo. Czas naglił, musiałam iść. Ale odchodząc, żywiłam nadzieję, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i zwróci honory greckiemu bóstwu z centrum handlowego, pośród odzianych od stóp do głów ladacznic trwającemu - nago.
sobota, 21 stycznia 2017
Lecz nie wiedzą o tym ludzie, że najgorzej w życiu to...
Pewnego dnia mój luby Rumcajs oświadczył, że jedzie do PSZOK-a.
Warto od razu podkreślić, że decyzja ta była niebagatelna. Wrocławskie PSZOK-i leżą gdzieś na uboczu od głównych tras, dojechać tam bez przesiadki się nie da i generalnie jest nie po drodze, i samochodem, i tramwajem, i rowerem, i tym bardziej pieszo. Małżonek mój zbierał się tam długo, długo się również zbierała górka śmieci do wywiezienia, bo przecież komu by się chciało jechać specjalnie na drugi koniec miasta z jedną jedyną zepsutą płytą CD, której to teoretycznie do "zwykłego" śmietnika wyrzucać się nie powinno. Tak, wiem, wszyscy wyrzucają i tak, ale nie my. My nie możemy. Nas jakoś tak sumienie gryzie, sumienie, napominające ściskającym za serce głosem Dorocińskiego opowiadającego o biednych, małych wilczkach ginących we wnykach, za których los czujemy się współodpowiedzialni poprzez wyrzucenie tej płyty, chociaż wiemy, że segregacja śmieci niewiele ma wspólnego z problemem kłusownictwa, poza ogólnym hasłem "ekologia". Ale tak czy siak - jakoś nie chcieliśmy tych CiDików i innych podobnych drobiazgów wywalać do kosza - zatem leżały, długo leżały i zagracały garderobę, bo droga do PSZOK-a wciąż wydawała się długa, zakorkowana i czasomarnująca.
Generalnie rzecz biorąc, mimo najszczerszych prorecyklingowych chęci, oboje z Rumcajsem zwolennikami tego systemu PSZOK-ów specjalnie nie jesteśmy.
A jednak po powrocie z wyprawy Rumcajs z niezbitą pewnością oświadczył, że jeszcze tam wróci.
Jak mi później tłumaczył, przez te półtorej godziny przebijania się w obie strony przez miasto wcale nie zrobił się nagle jeszcze bardziej prorecyklingowy. Po prostu pracownik PSZOK-a był tak uradowany jego widokiem, że luby Rumcajs poczuł się lepszym człowiekiem. Uszczęśliwił bliźniego samą swoją obecnością - tym, że dał komuś powód do trwania na posterunku z nadzieją, że ktoś kiedyś może jednak do tego całego PSZOK-a przyjdzie.
Także, moi kochani, jeżeli poczujecie kiedyś bezinteresowną chęć zrobienia komuś przyjemności, przejedźcie się do PSZOK-a. Bo, jak śpiewał Rysiek, najgorsze w życiu to samotnym być...
Warto od razu podkreślić, że decyzja ta była niebagatelna. Wrocławskie PSZOK-i leżą gdzieś na uboczu od głównych tras, dojechać tam bez przesiadki się nie da i generalnie jest nie po drodze, i samochodem, i tramwajem, i rowerem, i tym bardziej pieszo. Małżonek mój zbierał się tam długo, długo się również zbierała górka śmieci do wywiezienia, bo przecież komu by się chciało jechać specjalnie na drugi koniec miasta z jedną jedyną zepsutą płytą CD, której to teoretycznie do "zwykłego" śmietnika wyrzucać się nie powinno. Tak, wiem, wszyscy wyrzucają i tak, ale nie my. My nie możemy. Nas jakoś tak sumienie gryzie, sumienie, napominające ściskającym za serce głosem Dorocińskiego opowiadającego o biednych, małych wilczkach ginących we wnykach, za których los czujemy się współodpowiedzialni poprzez wyrzucenie tej płyty, chociaż wiemy, że segregacja śmieci niewiele ma wspólnego z problemem kłusownictwa, poza ogólnym hasłem "ekologia". Ale tak czy siak - jakoś nie chcieliśmy tych CiDików i innych podobnych drobiazgów wywalać do kosza - zatem leżały, długo leżały i zagracały garderobę, bo droga do PSZOK-a wciąż wydawała się długa, zakorkowana i czasomarnująca.
Generalnie rzecz biorąc, mimo najszczerszych prorecyklingowych chęci, oboje z Rumcajsem zwolennikami tego systemu PSZOK-ów specjalnie nie jesteśmy.
A jednak po powrocie z wyprawy Rumcajs z niezbitą pewnością oświadczył, że jeszcze tam wróci.
Jak mi później tłumaczył, przez te półtorej godziny przebijania się w obie strony przez miasto wcale nie zrobił się nagle jeszcze bardziej prorecyklingowy. Po prostu pracownik PSZOK-a był tak uradowany jego widokiem, że luby Rumcajs poczuł się lepszym człowiekiem. Uszczęśliwił bliźniego samą swoją obecnością - tym, że dał komuś powód do trwania na posterunku z nadzieją, że ktoś kiedyś może jednak do tego całego PSZOK-a przyjdzie.
Także, moi kochani, jeżeli poczujecie kiedyś bezinteresowną chęć zrobienia komuś przyjemności, przejedźcie się do PSZOK-a. Bo, jak śpiewał Rysiek, najgorsze w życiu to samotnym być...
sobota, 14 stycznia 2017
Koala
Dobra, pora odkurzyć ten szkicownik, bo już mchem zarasta i pajęczynami...
Od dodania mojego ostatniego posta minęły ponad dwa lata (ups!), od ostatniego wrzuconego rysunku - szkicu z koalą - jeszcze więcej. Zmieniło się w tym czasie sporo. Najważniejszą zmianą był fakt, że dorobiliśmy się z lubym Rumcajsem własnej małej Koali. Tak żeśmy się nanosili na antypodach tych sympatycznych noszaków, że zamarzyło nam się mieć swojego - no i mamy.
Koala urodziła się na początku minionego roku. Ma buzię po tacie oraz długie stopy i apetyt po mamie. Jest też niezwykle wdzięczną inspiracją do rysowania komiksów.
Od dodania mojego ostatniego posta minęły ponad dwa lata (ups!), od ostatniego wrzuconego rysunku - szkicu z koalą - jeszcze więcej. Zmieniło się w tym czasie sporo. Najważniejszą zmianą był fakt, że dorobiliśmy się z lubym Rumcajsem własnej małej Koali. Tak żeśmy się nanosili na antypodach tych sympatycznych noszaków, że zamarzyło nam się mieć swojego - no i mamy.
Koala urodziła się na początku minionego roku. Ma buzię po tacie oraz długie stopy i apetyt po mamie. Jest też niezwykle wdzięczną inspiracją do rysowania komiksów.
piątek, 5 grudnia 2014
Bareja wiecznie żywy
Działo się to w czasach, kiedy byłam jeszcze nieobronioną magistrantką, ale już nie studentką. Uczelnia nagle dała mi o sobie znać - musiałam złożyć podanie o zachowanie tematu pracy magisterskiej. Dokument ów skierowany był do dziekana, w treści zawierał moją prośbę oraz opinię promotora. Tak się jakoś złożyło, że promotor mój w owym czasie był jednocześnie świeżo upieczonym dziekanem, do którego się zwracałam. Na papierze wyglądało to nawet zabawnie – adresat popiera prośbę do siebie samego o wyrażenie zgody. Uśmiechałam się pobłażliwie półgębkiem kiedy promotor podpisywał podanie, a potem z takim samym uśmiechem mi je podawał. Cóż, nie takie rzeczy na uczelni się widziało.
Z gotowym dokumentem wybrałam się do dziekanatu i złożyłam go przed panią za biurkiem. Ta wzięła kartkę do ręki, przeczytała, po czym zwróciła się do mnie ze słowami: - Trzeba będzie napisać jeszcze raz.
Na szczęście humor miała dobry i wytłumaczyła mi co jest nie tak. Z tym samym pobłażliwym półuśmiechem, który jeszcze przed chwilą gościł na twarzy mojej i promotora, wyjaśniła, że osoba, która ma wyrazić zgodę, nie może jednocześnie popierać prośby. To sprzeczność, nieprawidłowość, błąd. Ja natomiast stałam przed nią i kiwałam głową. Nie, żebym rozumiała. Raczej przyjmowałam do wiadomości to, co mi referowano.
Po pięciu latach studiów nauczyłam się, że funkcjonowania szkolnictwa wyższego się nie ROZUMIE, tylko PRZYJMUJE DO WIADOMOŚCI. Uczelnie, choć od ponad dwudziestu lat nurzają się w kapitalizmie, mentalnie i organizacyjnie pozostają w Peerelu. Większości ich spraw pojąć czy zmieścić w logicznych ramach się nie da. Jak w Barejowskim „Misiu” – tu absurd goni absurd.
Absurdem była na przykład sytuacja, w której w jednym z akademików zabraniano używania „farelek”, podczas gdy równocześnie drastycznie przykręcono ogrzewanie. Temperatura w pokojach bez dodatkowego nagrzewania spadała poniżej 15 stopni Celsjusza.
Absurdem było, że, teoretycznie mając raz w semestrze dwa przedmioty do wyboru, ani razu ich nie wybieraliśmy. Odgórnie narzucał nam je jeden z dziekanów. Mimo to, wszędzie w dokumentach zajęcia te funkcjonowały jako „do wyboru”.
Absurdem było, że uczelnia, chcąc iść z duchem czasu, zorganizowała część kursów on-line, nie zapewniając równocześnie porządnego Internetu w akademikach.
Absurdalna była reakcja pani przyjmującej podania o stypendia, która stwierdziła, że czynny udział w konferencjach nie jest osiągnięciem naukowym („przecież wy tam tylko siedzicie i słuchacie!”) i należy je wykreślić. Jednak, kiedy przereferowałyśmy podania pisząc zamiast „udziału w konferencji” „wystąpienie na konferencji”, przyjęła je bez mrugnięcia okiem.
Człowiek, żyjąc na co dzień w takim środowisku, musi wytworzyć mechanizmy obronne przed atakującym go zewsząd absurdem. Inaczej zwariuje. Studenci i pracownicy szybko się uodparniają na uczelniane paradoksy i po jakimś czasie każdy kolejny przyjmują z pobłażliwym półuśmiechem. Nie takie rzeczy już widzieli. Dziwić się nie będą, próbować zrozumieć też nie, bo po co? O wiele łatwiej, zamiast podejmować bezsensowną walkę, jest zaakceptować ten stan, wtopić się w niego, wskoczyć w nurt i popłynąć, wykorzystując każdą lukę, każde niedopatrzenie, każdą nieścisłość – aby przetrwać. Ludzie nieraz się dziwią dlaczego studenci często bezmyślnie robią rzeczy głupie, nielogiczne czy bezsensowne. Odpowiedź jest prosta – życie uczelniane ich nauczyło, że zastanawiać się nie warto; lepiej coś zrobić, odwalić i popłynąć dalej rzeką absurdu.
Pani z dziekanatu, tłumacząc mi błąd w podaniu, zdawała się pytać mnie wzrokiem „nie zauważyła pani tej sprzeczności?”. Cóż, proszę pani – zauważyłam. Ale nie zastanawiałam się. Po co? Nie takie rzeczy już widziałam.
Z gotowym dokumentem wybrałam się do dziekanatu i złożyłam go przed panią za biurkiem. Ta wzięła kartkę do ręki, przeczytała, po czym zwróciła się do mnie ze słowami: - Trzeba będzie napisać jeszcze raz.
Na szczęście humor miała dobry i wytłumaczyła mi co jest nie tak. Z tym samym pobłażliwym półuśmiechem, który jeszcze przed chwilą gościł na twarzy mojej i promotora, wyjaśniła, że osoba, która ma wyrazić zgodę, nie może jednocześnie popierać prośby. To sprzeczność, nieprawidłowość, błąd. Ja natomiast stałam przed nią i kiwałam głową. Nie, żebym rozumiała. Raczej przyjmowałam do wiadomości to, co mi referowano.
Po pięciu latach studiów nauczyłam się, że funkcjonowania szkolnictwa wyższego się nie ROZUMIE, tylko PRZYJMUJE DO WIADOMOŚCI. Uczelnie, choć od ponad dwudziestu lat nurzają się w kapitalizmie, mentalnie i organizacyjnie pozostają w Peerelu. Większości ich spraw pojąć czy zmieścić w logicznych ramach się nie da. Jak w Barejowskim „Misiu” – tu absurd goni absurd.
Absurdem była na przykład sytuacja, w której w jednym z akademików zabraniano używania „farelek”, podczas gdy równocześnie drastycznie przykręcono ogrzewanie. Temperatura w pokojach bez dodatkowego nagrzewania spadała poniżej 15 stopni Celsjusza.
Absurdem było, że, teoretycznie mając raz w semestrze dwa przedmioty do wyboru, ani razu ich nie wybieraliśmy. Odgórnie narzucał nam je jeden z dziekanów. Mimo to, wszędzie w dokumentach zajęcia te funkcjonowały jako „do wyboru”.
Absurdem było, że uczelnia, chcąc iść z duchem czasu, zorganizowała część kursów on-line, nie zapewniając równocześnie porządnego Internetu w akademikach.
Absurdalna była reakcja pani przyjmującej podania o stypendia, która stwierdziła, że czynny udział w konferencjach nie jest osiągnięciem naukowym („przecież wy tam tylko siedzicie i słuchacie!”) i należy je wykreślić. Jednak, kiedy przereferowałyśmy podania pisząc zamiast „udziału w konferencji” „wystąpienie na konferencji”, przyjęła je bez mrugnięcia okiem.
Człowiek, żyjąc na co dzień w takim środowisku, musi wytworzyć mechanizmy obronne przed atakującym go zewsząd absurdem. Inaczej zwariuje. Studenci i pracownicy szybko się uodparniają na uczelniane paradoksy i po jakimś czasie każdy kolejny przyjmują z pobłażliwym półuśmiechem. Nie takie rzeczy już widzieli. Dziwić się nie będą, próbować zrozumieć też nie, bo po co? O wiele łatwiej, zamiast podejmować bezsensowną walkę, jest zaakceptować ten stan, wtopić się w niego, wskoczyć w nurt i popłynąć, wykorzystując każdą lukę, każde niedopatrzenie, każdą nieścisłość – aby przetrwać. Ludzie nieraz się dziwią dlaczego studenci często bezmyślnie robią rzeczy głupie, nielogiczne czy bezsensowne. Odpowiedź jest prosta – życie uczelniane ich nauczyło, że zastanawiać się nie warto; lepiej coś zrobić, odwalić i popłynąć dalej rzeką absurdu.
Pani z dziekanatu, tłumacząc mi błąd w podaniu, zdawała się pytać mnie wzrokiem „nie zauważyła pani tej sprzeczności?”. Cóż, proszę pani – zauważyłam. Ale nie zastanawiałam się. Po co? Nie takie rzeczy już widziałam.
niedziela, 12 października 2014
Pozdrowienia z antypodów
To był pierwszy taki nasz wyjazd. Pierwszy poza kontynent, pierwszy na południową półkulę i pierwszy w tropiki. Podróż życia. Powtórzymy ją kiedyś jeszcze? Mam nadzieję, że tak.
We wrześniu wyprawiliśmy się na czerwony kontynent. Sami nie wiemy co nam strzeliło do łba, żeby wyjechać w tak daleką podróż. Po prostu pewnego dnia nagle stwierdziliśmy: raz się żyje i zabraliśmy się za przygotowania. Na początku naszej jesieni spakowaliśmy się, oddaliśmy klucze do mieszkania Zielarce i pojechaliśmy. Przed wyjazdem zostawiliśmy jej jeszcze list z instrukcjami:
Zielarka nie pozostała dłużna. Po powrocie znaleźliśmy na stole odpowiedź:
Rozejrzeliśmy się po mieszkaniu i, o dziwo, zauważyliśmy telewizor na miejscu. Najwyraźniej nie zmieścił się na bagażniku roweru.
A jak było na samych antypodach? Cóż... Ciężko streścić w kilku zdaniach kraj, który jest tak diametralnie INNY. Klimat jest inny, roślinność rośnie inna, zwierzaki hasają inne, ziemia ma inny, czerwony kolor, słońce też jakoś inaczej biegnie po nieboskłonie, bo jest po północnej stronie i porusza się w lewo, zamiast, jak Pan Bóg przykazał, w prawo. Ludzie też przez to są inni, spokojni, uśmiechnięci, zadowoleni, zagadują się po przyjacielsku i w ogóle się nie spieszą. Jakie to dziwne zjawisko w kraju, w którym przecież połowa żyjących organizmów chce cię zabić.
Przez całą trzytygodniową podróż udało nam się zwiedzić Melbourne i Sydney, zobaczyć pająka wielkości dłoni w przydomowym ogródku, dotknąć tego wielkiego czerwonego kamulca w centrum outbacku, pływać na rafie z rekinem, podziwiać gwiazdy na pustyni, przebiec po paru górach i wąwozach, porzucać bumerangiem, zjeść burgera z wielbłąda "dla dobra środowiska", naoglądać się aborygeńskiej sztuki i zapoznać z miejscową fauną i florą. Australijczycy doskonale zdają sobie sprawę z odmienności ich ojczyzny od reszty świata i nie skąpią obcokrajowcom okazji do bezpośredniego kontaktu z, na przykład, kangurami, wombatami, kolczatką, dziobakiem i kukaburą.
Jednak największym powodzeniem cieszyły się oczywiście misie koala - tulone, głaskane i podziwiane pośród morza zachwytów i okrzyków radości. Same koale okazywały mniejszy entuzjazm, ale ciężko wymagać entuzjazmu od istot, które śpią 20 godzin na dobę.
Dla mnie, oczywiście, poza zwierzętami niesamowite były też rośliny - chociażby paprocie drzewiaste, setki gatunków eukaliptusów, rododendrony wielkości domów, banksje, dęby pustynne, a na północy również storczyki. Piękny kraj, żyć, nie umierać...
Na pewno będę wszystkim Australię polecać. Masz okazję - leć. Nie masz - zrób wszystko, żeby taka okazja się znalazła. Brakuje forsy? Sprzedaj samochód. Nie masz samochodu - sprzedaj telewizor, nie masz telewizora - sprzedaj lodówkę, nie masz lodówki, i tak dalej, i dalej, i dalej... Ale jedź. Naprawdę warto. Chociażby żeby potrzymać tego flegmatycznego koalę.
PS. Po powrocie ze sterty prania wygrzebałam małe nasionko. Musiało się zapodziać w ubraniu podczas spacerów w buszu. Pokazałam je Rumcajsowi, mówiąc: - Wsadzę je do doniczki, może coś wyrośnie.
- Tak! - ucieszył się luby Rumcajs - Na przykład eukaliptus! A na nim zakwitną małe koale! :D
We wrześniu wyprawiliśmy się na czerwony kontynent. Sami nie wiemy co nam strzeliło do łba, żeby wyjechać w tak daleką podróż. Po prostu pewnego dnia nagle stwierdziliśmy: raz się żyje i zabraliśmy się za przygotowania. Na początku naszej jesieni spakowaliśmy się, oddaliśmy klucze do mieszkania Zielarce i pojechaliśmy. Przed wyjazdem zostawiliśmy jej jeszcze list z instrukcjami:
DROGA ZIELARKO!
[tu nieistotne w treści wskazówki co do odkręcania zaworów, podlewania zielska i pilnowania lodówki]
PS. Czekolada wcale nie jest dla Ciebie, ma tylko drażnić Twój wzrok i podniebienie.
[...]
Zielarka nie pozostała dłużna. Po powrocie znaleźliśmy na stole odpowiedź:
HEJ RUMCAJSOWIE!
1. Pierwszego dnia byłam z mamą, to niewiele mogłam zdziałać. Odkręcałam na chama wodę i pominęłam w podlewaniu kilka kwiatków. Nie mogłam też niczego wynieść. Za to udało mi się bez świadków odłączyć lodówkę - tak jakbym gasiła światło...
2. Dziś czwartek. Jestem na rowerze to niewiele wyniosę. Znalazłam trochę nic nie wartej biżuterii, ale to w lombardzie wszystko kupią. Lodówka pływa, za to kwiatki podlewam domestosem. :)
3. Mamy środę! Kwitną rozchodniki. Rano było tak zimno, że skrobaliśmy szyby... Biorę dziś telewizor. PS. Jadąc ul. Prądzyńskiego zaliczyłam wszystkie kupy. Przekraczając progi Waszych pokoi zapomniałam zdjąć buty. Buziaki :)
4. Pamiętacie jak pisałam, że odkręciłam wodę? :D Zlewy zatkałam korkami. Leje się już na parterze. Macie coś jeszcze cennego do wyniesienia?
Rozejrzeliśmy się po mieszkaniu i, o dziwo, zauważyliśmy telewizor na miejscu. Najwyraźniej nie zmieścił się na bagażniku roweru.
A jak było na samych antypodach? Cóż... Ciężko streścić w kilku zdaniach kraj, który jest tak diametralnie INNY. Klimat jest inny, roślinność rośnie inna, zwierzaki hasają inne, ziemia ma inny, czerwony kolor, słońce też jakoś inaczej biegnie po nieboskłonie, bo jest po północnej stronie i porusza się w lewo, zamiast, jak Pan Bóg przykazał, w prawo. Ludzie też przez to są inni, spokojni, uśmiechnięci, zadowoleni, zagadują się po przyjacielsku i w ogóle się nie spieszą. Jakie to dziwne zjawisko w kraju, w którym przecież połowa żyjących organizmów chce cię zabić.
Przez całą trzytygodniową podróż udało nam się zwiedzić Melbourne i Sydney, zobaczyć pająka wielkości dłoni w przydomowym ogródku, dotknąć tego wielkiego czerwonego kamulca w centrum outbacku, pływać na rafie z rekinem, podziwiać gwiazdy na pustyni, przebiec po paru górach i wąwozach, porzucać bumerangiem, zjeść burgera z wielbłąda "dla dobra środowiska", naoglądać się aborygeńskiej sztuki i zapoznać z miejscową fauną i florą. Australijczycy doskonale zdają sobie sprawę z odmienności ich ojczyzny od reszty świata i nie skąpią obcokrajowcom okazji do bezpośredniego kontaktu z, na przykład, kangurami, wombatami, kolczatką, dziobakiem i kukaburą.
Jednak największym powodzeniem cieszyły się oczywiście misie koala - tulone, głaskane i podziwiane pośród morza zachwytów i okrzyków radości. Same koale okazywały mniejszy entuzjazm, ale ciężko wymagać entuzjazmu od istot, które śpią 20 godzin na dobę.
Dla mnie, oczywiście, poza zwierzętami niesamowite były też rośliny - chociażby paprocie drzewiaste, setki gatunków eukaliptusów, rododendrony wielkości domów, banksje, dęby pustynne, a na północy również storczyki. Piękny kraj, żyć, nie umierać...
Na pewno będę wszystkim Australię polecać. Masz okazję - leć. Nie masz - zrób wszystko, żeby taka okazja się znalazła. Brakuje forsy? Sprzedaj samochód. Nie masz samochodu - sprzedaj telewizor, nie masz telewizora - sprzedaj lodówkę, nie masz lodówki, i tak dalej, i dalej, i dalej... Ale jedź. Naprawdę warto. Chociażby żeby potrzymać tego flegmatycznego koalę.
PS. Po powrocie ze sterty prania wygrzebałam małe nasionko. Musiało się zapodziać w ubraniu podczas spacerów w buszu. Pokazałam je Rumcajsowi, mówiąc: - Wsadzę je do doniczki, może coś wyrośnie.
- Tak! - ucieszył się luby Rumcajs - Na przykład eukaliptus! A na nim zakwitną małe koale! :D
niedziela, 17 sierpnia 2014
Zmiany, zmiany...
Witajcie!
Tym razem nie będzie usprawiedliwień co do zapuszczania bloga - stali czytelnicy i tak nie uwierzą w moje kolejne zapewnienia o systematyczności, nowi szybko się przyzwyczają. Ciągłe zmiany i konieczność wiecznego dostosowywania się do nich jak widać nie służą regularnemu prowadzeniu bloga. Cóż poradzić.
A zmieniało się sporo. Mój szturm na rynek pracy w końcu zaowocował posadą w branży reklamowo-poligraficznej, potem przyszła obrona, później nagła zmiana pracy, okres względnego spokoju (o ile w branży reklamowej w ogóle można mówić o spokoju), kolejna zmiana pracy - i nagle wylądowałam w zawodzie! W międzyczasie powpadało też kilka własnych zleceń i wolontariatów, przez co odebrałam sobie ostatnie resztki wolnego czasu.
Pierwsza posada (specjalista ds. obsługi klienta, okazjonalnie grafik) okazała się być cholernie stresująca. Polegała głównie na obsługiwaniu systemu, który w założeniu miał mi ułatwiać pracę. Skutek był odwrotny, w pierwszym miesiącu straciłam 5 kilo wagi. Nauczyłam się za to działać pod presją czasu i klientów.
Klient to w ogóle jest ciekawe zjawisko, taki osobny gatunek człowieka, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jak niezwykły i różnorodny. Najciekawsze w nim zaś jest to, że potrafi współistnieć z innym gatunkiem w tym samym organizmie - osoba będzie się zupełnie inaczej zachowywać będąc klientem i nim nie będąc. Taki Doktor Jekyll i Mr Hyde.
Generalnie praca z klientami potrafi człowieka wiele nauczyć. Nie tylko znieczulicy, empatii również.
Po przeniesieniu do innej firmy (specjalista ds. obsługi klienta, grafik, okazjonalnie pracownik warsztatu, handlowiec, manager projektu) odrobinę ochłonęłam. Praca nadal stresowała, ani się obejrzałam a w niecały rok uciekły mi gdzieś kolejne 4 kilogramy, niemniej jednak w końcu zaczęłam opanowywać ten reklamowy chaos. A może to pierwszy chrzest bojowy mnie uodpornił? W pewnym momencie jednak uświadomiłam sobie, że czegoś mi brakuje i nie do końca odpowiadał mi fakt, że wylądowałam w pracy poza wymarzonym, świadomie wybranym i mozolnie kształconym kierunkiem.
Ta natrętna myśl doprowadziła mnie do kolejnej zmiany - znalazłam posadę w firmie ogrodniczej. Praca okazała się przyjemna, pracuję częściowo projektowo, a częściowo fizycznie, kopiąc, sadząc, tnąc, nawożąc, patrząc, dotykając, wąchając, generalnie - w końcu mam bliski (można rzec: organoleptyczny) kontakt z branżą. Z pracy wracam umorusana jak nieboskie stworzenie, wywołując zgorszenie w środkach komunikacji publicznej.
Nie ukrywam, sprawia mi to niebotyczną przyjemność.
Waga w końcu się zatrzymała, podniosła o dwa kilo i póki co stoi. Ale co schudłam - to moje :P
Tym razem nie będzie usprawiedliwień co do zapuszczania bloga - stali czytelnicy i tak nie uwierzą w moje kolejne zapewnienia o systematyczności, nowi szybko się przyzwyczają. Ciągłe zmiany i konieczność wiecznego dostosowywania się do nich jak widać nie służą regularnemu prowadzeniu bloga. Cóż poradzić.
A zmieniało się sporo. Mój szturm na rynek pracy w końcu zaowocował posadą w branży reklamowo-poligraficznej, potem przyszła obrona, później nagła zmiana pracy, okres względnego spokoju (o ile w branży reklamowej w ogóle można mówić o spokoju), kolejna zmiana pracy - i nagle wylądowałam w zawodzie! W międzyczasie powpadało też kilka własnych zleceń i wolontariatów, przez co odebrałam sobie ostatnie resztki wolnego czasu.
Pierwsza posada (specjalista ds. obsługi klienta, okazjonalnie grafik) okazała się być cholernie stresująca. Polegała głównie na obsługiwaniu systemu, który w założeniu miał mi ułatwiać pracę. Skutek był odwrotny, w pierwszym miesiącu straciłam 5 kilo wagi. Nauczyłam się za to działać pod presją czasu i klientów.
Klient to w ogóle jest ciekawe zjawisko, taki osobny gatunek człowieka, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jak niezwykły i różnorodny. Najciekawsze w nim zaś jest to, że potrafi współistnieć z innym gatunkiem w tym samym organizmie - osoba będzie się zupełnie inaczej zachowywać będąc klientem i nim nie będąc. Taki Doktor Jekyll i Mr Hyde.
Generalnie praca z klientami potrafi człowieka wiele nauczyć. Nie tylko znieczulicy, empatii również.
Po przeniesieniu do innej firmy (specjalista ds. obsługi klienta, grafik, okazjonalnie pracownik warsztatu, handlowiec, manager projektu) odrobinę ochłonęłam. Praca nadal stresowała, ani się obejrzałam a w niecały rok uciekły mi gdzieś kolejne 4 kilogramy, niemniej jednak w końcu zaczęłam opanowywać ten reklamowy chaos. A może to pierwszy chrzest bojowy mnie uodpornił? W pewnym momencie jednak uświadomiłam sobie, że czegoś mi brakuje i nie do końca odpowiadał mi fakt, że wylądowałam w pracy poza wymarzonym, świadomie wybranym i mozolnie kształconym kierunkiem.
Ta natrętna myśl doprowadziła mnie do kolejnej zmiany - znalazłam posadę w firmie ogrodniczej. Praca okazała się przyjemna, pracuję częściowo projektowo, a częściowo fizycznie, kopiąc, sadząc, tnąc, nawożąc, patrząc, dotykając, wąchając, generalnie - w końcu mam bliski (można rzec: organoleptyczny) kontakt z branżą. Z pracy wracam umorusana jak nieboskie stworzenie, wywołując zgorszenie w środkach komunikacji publicznej.
Nie ukrywam, sprawia mi to niebotyczną przyjemność.
Waga w końcu się zatrzymała, podniosła o dwa kilo i póki co stoi. Ale co schudłam - to moje :P
sobota, 23 listopada 2013
Impresje z Retra 2013
Jest taki jeden weekend raz na dwa lata. Weekend - czyli niecałe trzy dni. Troszkę ponad dwie doby. A jednak po takim weekendzie ciężko wraca się do rzeczywistości.
W ów magiczny weekend zarówno obowiązek, jak i chęć, gonią mnie w Beskid Niski. Tam to bowiem raz na dwa lata w ostatni weekend sierpnia od bardzo wielu już lat odbywa się Festiwal Starej Piosenki Turystycznej Retro. Impreza ta, podobnie jak organizująca ją instytucja SKPB, stała się już zjawiskiem wielopokoleniowym. Zjeżdża się na nią przewodnicka brać w różnym wieku, niektórzy przywożąc ze sobą dzieci, a nawet i wnuki. Cóż, z klimatem górskim człowiek zazwyczaj wiąże się na całe życie... A że byłam na festiwalu nie pierwszy raz i wiele się również o dawniejszych latach osłuchałam od rodziców, przyglądałam się zmianom, jakie zaszły w formie tego wydarzenia.
A zmieniło się sporo. Największą chyba rewolucją była zmiana miejsca - w 2006 roku Rzeszowskie SKPB utraciło dzierżawioną w Wysowej bazę namiotową, gdzie tradycyjnie Retro się odbywało, imprezę przeniesiono więc do Wisłoczka. Inna stawała się również i oprawa, w tym catering, przykładowo, w Wysowej zwyczajem było, że na biesiadników czekało piwo beczkowe bez ograniczeń oraz udziec barani piekący się nad ogniskiem, potem zastąpiony udźcem wieprzowym. W tym roku organizator wykazał się finezją i przygotował różniste kiełbasy, karkówki i szaszłyki z grilla, zaś piwa beczkowego było siedem rodzajów. Zmieniły się również i moda, i technologia, nawyki i przyzwyczajenia. Kiedyś na bazach studenckich królowały koszule flanelowe, ciężkie plecaki ze stelażami, aluminiowe menażki i sztućce, duże latarki, cieknące brezenty, dziś wszechobecne są ubrania z membraną, "czołówki", bielizna termoaktywna, vibramy, namioty-igloo i temu podobne.
Obserwowałam sobie z boku te zmiany - i jakoś nostalgia mnie przycisnęła. Bo przecież patrzcie państwo, kto to widział, aby na Retrze, zamiast kawału ścierwa, którego zjedzenie z prawej strony groziło tasiemcem, a z lewej - zatruciem spalenizną, serwować mięsne marynowane frykasy o drażniącym nozdrza aromacie, kruche i rozpływające się w ustach, że palce lizać? Albo jakże to tak, że nie podaje się już gazowanego sikacza, przeżerającego dno plastikowego kufla po dwóch godzinach, tylko wyszukane chmielowe trunki o smaku ambrozji?
Cóż, taki już urok czasów, że się zmieniają. Można tego żałować, ale lepiej chyba się przystosować. Tym bardziej gdy pod nosem przemiło skwierczy pachnąca majerankiem biała kiełbaska, a bąbelki z kufla wypuszcza nie sikacz, a wyborny pale ale. Poza tym - stary klimat górski nie pozostał całkiem osierocony. Koszula flanelowa nie figuruje w słowniku eSKaPeBowskim jako ciuch lamerski, ale stylowy oldschool, zaś powszechne w czasach naszych rodziców składane aluminiowe sztućce "dwa-w-jednym" to obecnie nie przedpotopowa staroć, tylko artefakt noszony z dumą jak szabla po dziadku. Sam zresztą śpiewnik SKPB, a dokładniej kolejna jego edycja, pięknie odzwierciedla owo przewodnickie zamiłowanie do tradycji, bo obok piosenek popularnych, współcześnie śpiewanych po schroniskach, znalazły się w nim również pieśni z czasów naszych rodziców, często wyciągane i odkurzane także przez młodsze pokolenia.
Na całe szczęście, mimo postępu technicznego, wciąż nie zmienił się klimat. Retro wciąż brzmi muzyką z "żywych" instrumentów, pachnie dymem z ogniska i rosą, przenika nocnym - a bywa, że i porannym - chłodem i czaruje ową niespotykaną gdzie indziej osobliwą magią. Może jest to magia miejsca, tego zagubionego w Beskidzie Niskim, odciętego od cywilizacji Wisłoczka. A może jest to magia ludzi.
W ów magiczny weekend zarówno obowiązek, jak i chęć, gonią mnie w Beskid Niski. Tam to bowiem raz na dwa lata w ostatni weekend sierpnia od bardzo wielu już lat odbywa się Festiwal Starej Piosenki Turystycznej Retro. Impreza ta, podobnie jak organizująca ją instytucja SKPB, stała się już zjawiskiem wielopokoleniowym. Zjeżdża się na nią przewodnicka brać w różnym wieku, niektórzy przywożąc ze sobą dzieci, a nawet i wnuki. Cóż, z klimatem górskim człowiek zazwyczaj wiąże się na całe życie... A że byłam na festiwalu nie pierwszy raz i wiele się również o dawniejszych latach osłuchałam od rodziców, przyglądałam się zmianom, jakie zaszły w formie tego wydarzenia.
A zmieniło się sporo. Największą chyba rewolucją była zmiana miejsca - w 2006 roku Rzeszowskie SKPB utraciło dzierżawioną w Wysowej bazę namiotową, gdzie tradycyjnie Retro się odbywało, imprezę przeniesiono więc do Wisłoczka. Inna stawała się również i oprawa, w tym catering, przykładowo, w Wysowej zwyczajem było, że na biesiadników czekało piwo beczkowe bez ograniczeń oraz udziec barani piekący się nad ogniskiem, potem zastąpiony udźcem wieprzowym. W tym roku organizator wykazał się finezją i przygotował różniste kiełbasy, karkówki i szaszłyki z grilla, zaś piwa beczkowego było siedem rodzajów. Zmieniły się również i moda, i technologia, nawyki i przyzwyczajenia. Kiedyś na bazach studenckich królowały koszule flanelowe, ciężkie plecaki ze stelażami, aluminiowe menażki i sztućce, duże latarki, cieknące brezenty, dziś wszechobecne są ubrania z membraną, "czołówki", bielizna termoaktywna, vibramy, namioty-igloo i temu podobne.
Obserwowałam sobie z boku te zmiany - i jakoś nostalgia mnie przycisnęła. Bo przecież patrzcie państwo, kto to widział, aby na Retrze, zamiast kawału ścierwa, którego zjedzenie z prawej strony groziło tasiemcem, a z lewej - zatruciem spalenizną, serwować mięsne marynowane frykasy o drażniącym nozdrza aromacie, kruche i rozpływające się w ustach, że palce lizać? Albo jakże to tak, że nie podaje się już gazowanego sikacza, przeżerającego dno plastikowego kufla po dwóch godzinach, tylko wyszukane chmielowe trunki o smaku ambrozji?
Cóż, taki już urok czasów, że się zmieniają. Można tego żałować, ale lepiej chyba się przystosować. Tym bardziej gdy pod nosem przemiło skwierczy pachnąca majerankiem biała kiełbaska, a bąbelki z kufla wypuszcza nie sikacz, a wyborny pale ale. Poza tym - stary klimat górski nie pozostał całkiem osierocony. Koszula flanelowa nie figuruje w słowniku eSKaPeBowskim jako ciuch lamerski, ale stylowy oldschool, zaś powszechne w czasach naszych rodziców składane aluminiowe sztućce "dwa-w-jednym" to obecnie nie przedpotopowa staroć, tylko artefakt noszony z dumą jak szabla po dziadku. Sam zresztą śpiewnik SKPB, a dokładniej kolejna jego edycja, pięknie odzwierciedla owo przewodnickie zamiłowanie do tradycji, bo obok piosenek popularnych, współcześnie śpiewanych po schroniskach, znalazły się w nim również pieśni z czasów naszych rodziców, często wyciągane i odkurzane także przez młodsze pokolenia.
Na całe szczęście, mimo postępu technicznego, wciąż nie zmienił się klimat. Retro wciąż brzmi muzyką z "żywych" instrumentów, pachnie dymem z ogniska i rosą, przenika nocnym - a bywa, że i porannym - chłodem i czaruje ową niespotykaną gdzie indziej osobliwą magią. Może jest to magia miejsca, tego zagubionego w Beskidzie Niskim, odciętego od cywilizacji Wisłoczka. A może jest to magia ludzi.
niedziela, 29 września 2013
Graficiarstwo retrowe
Drodzy czytelnicy!
W imieniu swoim i innych zaangażowanych w pracę nad śpiewnikiem SKPB dziękuję za oddanie Waszych głosów na ankietę. Śpiewnik został wydrukowany, w pocie czoła oprawiony oraz dostarczony na tegoroczny Festiwal Starej Piosenki Turystycznej Retro w Wisłoczku i cieszył się powodzeniem.
Ponieważ zdania i głosy w sprawie okładki były mocno podzielone (bezpośrednio zaangażowani mocno popierali wersję drewnianą i cerkiewną, natomiast w ankiecie niewielką przewagą zwyciężyła błękitna), ostatecznie wydrukowano wszystkie trzy projekty w proporcjach: błękit: 40 sztuk, drewno: 30 sztuk, cerkiewka: 30 sztuk. Okazało się, że w druku zdecydowanie najlepiej wyszła oraz największym powodzeniem w kolportażu cieszyła się wersja... drewniana. W tydzień po Retrze uchowały się na stanie ledwie 4 sztuki. Następne były okładki cerkiewne, błękit natomiast ogólnie jakoś słabo schodził... Gdzie są ci głosujący kupcy, pytam się? :P
Tak czy siak, praca nad śpiewnikiem była wspaniałą przygodą, tym bardziej, że pracowałam nad nim nie tylko ja, ale również koleżanka Foka (wybór piosenek, koordynacja prac) oraz Tat (wybór, korekta, opracowanie muzyczne). Powstało dziełko naprawdę sympatyczne - z tekstami i akordami, często w kilku wersjach, oraz przypisami przy piosenkach mających ciekawszą historię. Każdy utwór podpisano autorami i wykonawcami, natomiast alfabetyczny spis treści poza tytułami uzupełniono o pierwsze słowa piosenek oraz ich refrenów (bywa tak, że biesiadnicy często znają pierwsze słowa albo refren, a tytułu - za nic).
Poza śpiewnikiem zajęłam się również projektem koszulek retrowych. Inspiracja przyszła z pewnego serialu z lat 70., elementy nawiązują do festiwalowych tradycji - gry na gitarze, napojów wyskokowych oraz pieczeni wieprzowej, którą wedle zwyczaju serwowano na imprezie. To ostatnie w tym roku jakoś się nie sprawdziło, ale o tym innym razem.
A tak prezentują się efekty końcowe.
Śpiewnik - zdjęcie okładki:
Przykładowe strony środkowe - cztery z grafikami oraz jedna z przypisem:
Koszulka - mały wzór na przód:
Koszulka - większy wzór na tył:
Pełny tegoroczny arsenał retrowy (zdjęcie z oficjalnego fanpage'u SKPB):
Impreza była przednia i stwierdzam, że warto było tłuc się na nią po dziewięć godzin z i do Wrocławia. Ale o wspomnieniach z tegorocznego festiwalu również będzie później, w osobnym wpisie. Proszę zatem o cierpliwość...
W imieniu swoim i innych zaangażowanych w pracę nad śpiewnikiem SKPB dziękuję za oddanie Waszych głosów na ankietę. Śpiewnik został wydrukowany, w pocie czoła oprawiony oraz dostarczony na tegoroczny Festiwal Starej Piosenki Turystycznej Retro w Wisłoczku i cieszył się powodzeniem.
Ponieważ zdania i głosy w sprawie okładki były mocno podzielone (bezpośrednio zaangażowani mocno popierali wersję drewnianą i cerkiewną, natomiast w ankiecie niewielką przewagą zwyciężyła błękitna), ostatecznie wydrukowano wszystkie trzy projekty w proporcjach: błękit: 40 sztuk, drewno: 30 sztuk, cerkiewka: 30 sztuk. Okazało się, że w druku zdecydowanie najlepiej wyszła oraz największym powodzeniem w kolportażu cieszyła się wersja... drewniana. W tydzień po Retrze uchowały się na stanie ledwie 4 sztuki. Następne były okładki cerkiewne, błękit natomiast ogólnie jakoś słabo schodził... Gdzie są ci głosujący kupcy, pytam się? :P
Tak czy siak, praca nad śpiewnikiem była wspaniałą przygodą, tym bardziej, że pracowałam nad nim nie tylko ja, ale również koleżanka Foka (wybór piosenek, koordynacja prac) oraz Tat (wybór, korekta, opracowanie muzyczne). Powstało dziełko naprawdę sympatyczne - z tekstami i akordami, często w kilku wersjach, oraz przypisami przy piosenkach mających ciekawszą historię. Każdy utwór podpisano autorami i wykonawcami, natomiast alfabetyczny spis treści poza tytułami uzupełniono o pierwsze słowa piosenek oraz ich refrenów (bywa tak, że biesiadnicy często znają pierwsze słowa albo refren, a tytułu - za nic).
Poza śpiewnikiem zajęłam się również projektem koszulek retrowych. Inspiracja przyszła z pewnego serialu z lat 70., elementy nawiązują do festiwalowych tradycji - gry na gitarze, napojów wyskokowych oraz pieczeni wieprzowej, którą wedle zwyczaju serwowano na imprezie. To ostatnie w tym roku jakoś się nie sprawdziło, ale o tym innym razem.
A tak prezentują się efekty końcowe.
Śpiewnik - zdjęcie okładki:
Koszulka - mały wzór na przód:
Koszulka - większy wzór na tył:
Pełny tegoroczny arsenał retrowy (zdjęcie z oficjalnego fanpage'u SKPB):
Impreza była przednia i stwierdzam, że warto było tłuc się na nią po dziewięć godzin z i do Wrocławia. Ale o wspomnieniach z tegorocznego festiwalu również będzie później, w osobnym wpisie. Proszę zatem o cierpliwość...
wtorek, 23 lipca 2013
Odkurzanie: zagłosuj na śpiewnik!
Kochani!
Wielu z Was już mnie ściga za to, że blog znowu się zapuszcza i leży odłogiem na dnie szuflady,osierocony przez autorkę. Niestety, inaczej być nie mogło, albowiem nałożyło się wiele spraw mocno zajmujących - mój szturm na rynek pracy uwieńczony został sukcesem, później wkręciłam się w obronę, a w niedalekiej przyszłości szykuje mi się zmiana stanowiska. Na szczęście sytuacja powoli się uspokaja, więc mogę z czystym sumieniem odkurzyć Szkicownik.
Z radością wszystkim komunikuję, iż od czerwca mogę się już tytułować pełnoprawnym magistrem :) Pisanie pracy do tej pory zajmowało mój cały wolny czas i po obronie, uwolniona od wszelkich studenckich obowiązków, nagle zdałam sobie sprawę z tego, że... nie mam co robić w życiu! Znacie zapewne ten stan - kiedy osiąga się jakiś cel, kończy świetną książkę lub ogląda ostatni odcinek ulubionego serialu i okazuje się, że sprawa ta tak nas wciągnęła, że nie wiemy gdzie się podziać kiedy mamy ją już za sobą.
Na szczęście życie pośpieszyło mi z pomocą - w niedługim czasie dała o sobie znać koleżanka Foka z nowym zleceniem dla zaprzyjaźnionego SKPB. Otóż właśnie w tej chwili rodzi się nowy śpiewnik kołowy, natomiast ja mam się zająć oprawą graficzną tegoż dzieła. I tu zwrócić się muszę z prośbą o pomoc do czytelników bloga. Projektów okładki śpiewnika powstało trzy, a ponieważ zdania recenzentów na ich temat okazały się być mocno podzielone (najpierw faworytką był patchwork z cerkiewką, potem na pierwszy plan wysunęło się drewno, a teraz nagle zaczęły się podobać błękity), Foka zdecydowała się przeprowadzić ankietę, do której każdego z Was zachęcam.
Przedstawiam naszych trzech przystojnych kandydatów...
...a poniżej link do ankiety. Zagłosujcie proszę, z góry dziękuję :)
https://docs.google.com/forms/d/1TesMDWaU6JiXODAG3i-8psKiO1-KrIFdBP2qsDJlzX8/viewform
Wielu z Was już mnie ściga za to, że blog znowu się zapuszcza i leży odłogiem na dnie szuflady,osierocony przez autorkę. Niestety, inaczej być nie mogło, albowiem nałożyło się wiele spraw mocno zajmujących - mój szturm na rynek pracy uwieńczony został sukcesem, później wkręciłam się w obronę, a w niedalekiej przyszłości szykuje mi się zmiana stanowiska. Na szczęście sytuacja powoli się uspokaja, więc mogę z czystym sumieniem odkurzyć Szkicownik.
Z radością wszystkim komunikuję, iż od czerwca mogę się już tytułować pełnoprawnym magistrem :) Pisanie pracy do tej pory zajmowało mój cały wolny czas i po obronie, uwolniona od wszelkich studenckich obowiązków, nagle zdałam sobie sprawę z tego, że... nie mam co robić w życiu! Znacie zapewne ten stan - kiedy osiąga się jakiś cel, kończy świetną książkę lub ogląda ostatni odcinek ulubionego serialu i okazuje się, że sprawa ta tak nas wciągnęła, że nie wiemy gdzie się podziać kiedy mamy ją już za sobą.
Na szczęście życie pośpieszyło mi z pomocą - w niedługim czasie dała o sobie znać koleżanka Foka z nowym zleceniem dla zaprzyjaźnionego SKPB. Otóż właśnie w tej chwili rodzi się nowy śpiewnik kołowy, natomiast ja mam się zająć oprawą graficzną tegoż dzieła. I tu zwrócić się muszę z prośbą o pomoc do czytelników bloga. Projektów okładki śpiewnika powstało trzy, a ponieważ zdania recenzentów na ich temat okazały się być mocno podzielone (najpierw faworytką był patchwork z cerkiewką, potem na pierwszy plan wysunęło się drewno, a teraz nagle zaczęły się podobać błękity), Foka zdecydowała się przeprowadzić ankietę, do której każdego z Was zachęcam.
Przedstawiam naszych trzech przystojnych kandydatów...
...a poniżej link do ankiety. Zagłosujcie proszę, z góry dziękuję :)
https://docs.google.com/forms/d/1TesMDWaU6JiXODAG3i-8psKiO1-KrIFdBP2qsDJlzX8/viewform
niedziela, 10 marca 2013
Liebster Award
Już jakiś czas temu zaprzyjaźniona blogerka Elviska –
autorka bloga czytelniczego – zaproponowała mi udział w pewnej zabawie. Wtedy
jeszcze wstrzymałam się z zaprezentowaniem jej na blogu, w nadziei, że kiedyś
uda mi się spełnić wszystkie jej warunki. Ale ponieważ czas leci i nie ma sensu
odkładać niektórych spraw w nieskończoność – postanowiłam dołączyć do gry
dzisiaj.Oto zasady:
Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego
blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę" Jest przyznawana
dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia.
Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby,
która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym)
oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
Cóż, w blogerskim światku jestem jak na razie mało
rozeznana, stąd też ciężko by mi było znaleźć jedenastu kandydatów do
odznaczenia ;) Pozwolę sobie nagiąć nieco zasady gry i nominować AŻ cztery
polskie blogi, które regularnie odwiedzam i czytuję. Do nominowanych dołączę
także blog, który mnie wyróżnił – czyli Czytelnicze Zacisze Elviski – ponieważ uważam,
że zasługuje na odznaczenie. I, jako, że Elviska brała już udział w zabawie,
zwalniam ją z obowiązku przekazania nominacji dalej oraz odpowiadania na
pytania. Zrobiła to już >tutaj<. Pozostałych zachęcam do dalszego udziału w zabawie.
NOMINOWANI:
1. AMI – za blog To (nie) dziki kraj…, w którym barwnie i z
humorem opisuje Irlandię oczami polskiego imigranta.
2. Malanow – za blog trochę fotograficzny, trochę twórczy, trochę
ciekawostkowy, mocno okraszony sarkazmem, czyli inż. Malanow – don’t worry i’mengineer!
3. Foka vel. Focus – za podróżniczy blog Szwendacz Foczuni,
w którym pięknie – osobiście i poetycko – pisze o górach.
4. Elviska – za blog Czytelnicze Zacisze, w którym dzieli
się swoją czytelniczą pasją tworząc recenzje i relacje ze spotkań autorskich.
Ponieważ spodobały mi się pytania od Elviski, przekazuję je
dalej następnym nominowanym. Zatem odpowiadajcie!
A oto moje odpowiedzi:
1. Co skłoniło cię do prowadzenia bloga?
Chęć podzielenia się twórczością swoją i w mniejszej skali także
znajomych. Tyle, że ci ostatni jakoś niezbyt chętnie się dzielą… :P
2. Pies czy kot?
Kot. Zwolennicy psów zapewne się oburzą, ale pies kojarzy mi się z
marionetką, którą łatwo kontrolować, w dodatku potwornie hałaśliwą. Koty może i
są czupurne, ale zawsze niezależne. Poza tym są spokojniejsze i łatwiejsze w
utrzymaniu.
3. Twoje wymarzone wakacje?
Dłuuuugi rajd przez polskie góry, od Zgorzelca do Bieszczadów, z
dobytkiem na plecach i namiotem. Może kiedyś się zdecyduję…
4. Książka na prezent to dobry pomysł?
Najlepszy, jaki znam :)
5. Najdziwniejszy tytuł książki jaki zapadł ci w pamięć?
„Pan Tadeusz, czyli Ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z
roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem”. Właściwie wszystkie dłuższe
tytuły wydają mi się jakieś takie dziwaczne…
6. Ulubiony autor?
Ostatnio pozostaję pod urokiem Strugackich, ale jeszcze kilku faworytów
by się znalazło.
7. Czy porzucasz książki, które zaczęłaś czytać a nie spełniają Twoich
oczekiwań?
Kiedyś porzucałam, teraz staram się dobrnąć do końca. Opieram się na
tezie, że nie da się ocenić książki po samym jej początku, aczkolwiek jeśli po
dwóch, trzech rozdziałach coś mi się nie spodoba, to rzadko zmieniam zdanie.
8. Fryzjer czy kosmetyczka?
Buehuehue, wybrałam to pytanie głównie ze względu na Porucznika
Malanowa XD Jestem bardzo ciekawa jego odpowiedzi. A wolę fryzjera. Mniej boli
:P
9. Ulubiony bohater literacki – uzasadnij.
Jak to, tylko jeden? Toż to się nie da! Będzie kilka osób.
Lubię Bohuna (bo junak przesławny i taki w tej Helenie zakochany…), Kmicica
(wojownik z charakterem!), Milę Borejko (kobieta z charakterem!), Małą Mi (ale literacką, nie animowaną! również
charakterna, w dodatku niczego się nie bała, na wszystko patrzyła z dystansem i
humorem i zawsze wychodziła cało z opresji; bardzo niewychowawcza postać), połowę
postaci z „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” (wszystkie są takie oryginalne i nieszablonowe),
dzieciaki z Bullerbyn (pomysłowe były, nie ma co…), Snape’a z „Harry’ego
Pottera” (postać tragiczna i bardzo niejednoznaczna) i jeszcze dwie postaci
Pratchetta, Akwilę Dokuczliwą vel. Tiffany Obolałą (bystra dziewucha, w dodatku
czarownica) i Bagaż (bo to po prostu Bagaż!) – to bohaterzy, którzy w pierwszej
kolejności mi wpadli do głowy.
10. Bohater literacki, którego najbardziej nie lubisz i dlaczego?
Znowu wymagany jeden. Ehh…
Wymienię kilkoro: książę Bogusław (ten literacki, prawdziwego nie miałam
przyjemności poznać; bo zdrajca i lalusiowaty uwodziciel), Izabella Łęcka (bo
idiotka), Marianek od Chmielewskiej (bo też idiota, w dodatku żarłok z gatunku tych złych żarłoków),
Paszczak z „Muminków” zbierający znaczki (taki pretensjonalny…), Skrzetuski
(próżny arystokrata), Helena Kurcewiczówna (jak mogła nie wybrać Bohuna!??).
11. Książka, którą czytałaś wiele razy i chętnie po nią sięgasz?
Już wiele razy czytałam „Zimę Muminków”, moim zdaniem najlepszą i
najbardziej tajemniczą książkę Tove Jansson, na pewno będę jeszcze po nią
sięgać. Lubię też wracać do sienkiewiczowskiej trylogii, „Tajemniczego Ogrodu”
Burnett, „Pikniku na skraju drogi” (moja pierwsza książka Strugackich, stąd
chyba taki sentyment :D), „Tajemnicy Bożego Narodzenia” Gaardera (bo taka pełna
cudów i o świętach)… i to chyba tyle. A jest też mnóstwo książek, z których
lubię czytać wybiórczo niektóre fragmenty i delektować się nimi.
To tyle. Teraz Wasza kolej!
piątek, 8 marca 2013
Z życiorysu + eSKaPeBowskie plakatowanie
Witajcie!
Marzec zaczął się na dobre, niedługo przyjdzie wiosna. Tymczasem, jak słusznie zauważyła koleżanka AMI, wciąż nie zdążyłam zainaugurować roku 2013 na blogu! Zgroza! Zabieram się zatem do roboty.
Przy takich okazjach blogerzy zazwyczaj chwalą się statystykami, ja jednak na takowe się nie skuszę, gdyż na razie nie przedstawiają się zbyt optymistycznie :] Niemniej jednak miło mi się ogląda wciąż podnoszący się pasek licznika odwiedzin - fakt, że od czasu do czasu ktoś tu jednak zagląda, dodaje motywacji. Szkoda, że jeszcze nie pomaga rozciągnąć doby, bo czasu ostatnio bardzo mało. Za to zajęć przybyło... Udało mi się załapać najpierw na praktyki, potem na pracę. Ponieważ posada jest bardzo zajmująca, na pisanie dyplomu pozostają mi wieczory i weekendy. No i nie byłabym sobą, gdybym od czasu do czasu nie wspomogła tego czy tamtego znajomego machając jakąś grafikę. Efekt taki, że na bloga przez ostatnie trzy miesiące czasu już nie starczyło...
Do grona osób, któremu wykonywałam drobne grafiki, zaliczają się też znajomi i przyjaciele z rzeszowskiego SKPB. O owej urokliwej mieszaninie przewodników studenckich, ich sympatyków oraz osób mniej lub bardziej powiązanych wspominałam już kiedyś na blogu (patrz: tutaj) i czuję się z nią emocjonalnie związana. Tym bardziej, że z tego samego środowiska wywodzi się wielu moich dobrych przyjaciół, w tym też wszyscy członkowie elitarnego Stowarzyszenia Zdeklarowane Stare Panny (więcej: tutaj). I to właśnie od eSKaPeBowców, za pośrednictwem koleżanki Foki (zachęcam do zaglądania na jej górsko-podróżniczego bloga: http://szwendacz-foczuni.blog.pl/) dostałam ostatnio kilka przyjemnych zadań graficznych do wykonania. Były to plakaty rajdów kołowych.
Pierwszym zleceniem był plakat na październikowy wyjazd pt. "Jesienne Harce". Początkowo powstał w wersji ciemnej, ostatecznie na prośbę zleceniodawczyni zmodyfikowany na "biało":
Przy drugim zleceniu ("Puchar Panny", czyli nieformalne kołowe zawody narciarskie) zaczęłam się rozkręcać. Powstał plakat minimalistyczny, syntetyczny, z nutką etno (jak na razie - mój faworyt):
A oto najmłodsze dzieło, z tego, co słyszałam, przyjęte entuzjastycznie przez odbiorców - typowo już komiksowe podejście, inspirowane starym, dobrym von Mackensenem (tych, którzy jeszcze nie znają mojego ulubionego pruskiego generała z I wojny światowej - odsyłam tutaj i tutaj):
Ostatni plakat wciąż jest aktualny. Dlatego w imieniu rzeszowskich Przewodników Beskidzkich - serdecznie zapraszam na rajd!
Marzec zaczął się na dobre, niedługo przyjdzie wiosna. Tymczasem, jak słusznie zauważyła koleżanka AMI, wciąż nie zdążyłam zainaugurować roku 2013 na blogu! Zgroza! Zabieram się zatem do roboty.
Przy takich okazjach blogerzy zazwyczaj chwalą się statystykami, ja jednak na takowe się nie skuszę, gdyż na razie nie przedstawiają się zbyt optymistycznie :] Niemniej jednak miło mi się ogląda wciąż podnoszący się pasek licznika odwiedzin - fakt, że od czasu do czasu ktoś tu jednak zagląda, dodaje motywacji. Szkoda, że jeszcze nie pomaga rozciągnąć doby, bo czasu ostatnio bardzo mało. Za to zajęć przybyło... Udało mi się załapać najpierw na praktyki, potem na pracę. Ponieważ posada jest bardzo zajmująca, na pisanie dyplomu pozostają mi wieczory i weekendy. No i nie byłabym sobą, gdybym od czasu do czasu nie wspomogła tego czy tamtego znajomego machając jakąś grafikę. Efekt taki, że na bloga przez ostatnie trzy miesiące czasu już nie starczyło...
Do grona osób, któremu wykonywałam drobne grafiki, zaliczają się też znajomi i przyjaciele z rzeszowskiego SKPB. O owej urokliwej mieszaninie przewodników studenckich, ich sympatyków oraz osób mniej lub bardziej powiązanych wspominałam już kiedyś na blogu (patrz: tutaj) i czuję się z nią emocjonalnie związana. Tym bardziej, że z tego samego środowiska wywodzi się wielu moich dobrych przyjaciół, w tym też wszyscy członkowie elitarnego Stowarzyszenia Zdeklarowane Stare Panny (więcej: tutaj). I to właśnie od eSKaPeBowców, za pośrednictwem koleżanki Foki (zachęcam do zaglądania na jej górsko-podróżniczego bloga: http://szwendacz-foczuni.blog.pl/) dostałam ostatnio kilka przyjemnych zadań graficznych do wykonania. Były to plakaty rajdów kołowych.
Pierwszym zleceniem był plakat na październikowy wyjazd pt. "Jesienne Harce". Początkowo powstał w wersji ciemnej, ostatecznie na prośbę zleceniodawczyni zmodyfikowany na "biało":
Przy drugim zleceniu ("Puchar Panny", czyli nieformalne kołowe zawody narciarskie) zaczęłam się rozkręcać. Powstał plakat minimalistyczny, syntetyczny, z nutką etno (jak na razie - mój faworyt):
A oto najmłodsze dzieło, z tego, co słyszałam, przyjęte entuzjastycznie przez odbiorców - typowo już komiksowe podejście, inspirowane starym, dobrym von Mackensenem (tych, którzy jeszcze nie znają mojego ulubionego pruskiego generała z I wojny światowej - odsyłam tutaj i tutaj):
Ostatni plakat wciąż jest aktualny. Dlatego w imieniu rzeszowskich Przewodników Beskidzkich - serdecznie zapraszam na rajd!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























